wtorek, 9 marca 2010

Ignorancja

Położony vis-a-vis Filharmonii Krakowskiej wielki luksusowy hotel Radisson reklamuje w "GW" chińską kuchnię w swojej restauracji. Wszystko fajnie, tylko dlaczego opatrują tą reklamę symboliką japońską? W reklamie umieszczono adres e-mail, więc wysłałem im miażdżącą uwagę na ten temat. Jak to jest, że jeśli jakiś ciemniak robi głupstwo, nikt na to nie zwraca uwagi? W ten sposób rośnie łańcuszek bylejakości. Nawet w luksusowym hotelu.

poniedziałek, 8 marca 2010

Ryż po polsku







Chciałem ten spot zatytułować "Gohan po polsku", ale popełniłbym nietakt wobec japońskich czytelników. Bo nazwa "gohan" zastrzeżona jest dla ryżu w potrawie japońskiej, czyli właściwie dla samego ryżu (dawniej ogólnie dla pożywienia). Taki sam ryż z potrawą cudzoziemską, jak kotlet czy inny zachodni wymysł nazywany już jest z angielska "raisu".
Z ostatniego pieczenia ciasta zostały mi 2 jabłka, postanowiłem więc po długiej przerwie zjeść ryż z tym właśnie dodatkiem. Na wypłukany ryż w piecykowym rondelku położyłem cząsteczki jednego jabłka i zagotowałem wszystko razem. Dopiero na talerzu posypałem troszkę cukrem zwykłym i waniliowym oraz cynamonem. Fajna odmiana po ziemniakach, kapuście i jajkach.
Na jutro planuję ryż gotowany z dodatkiem curry, a potem wymieszany z pieczarkami podsmażonymi na cebulce oraz z kukurydzą lub fasolką (groszkiem) z puszki.

Latające oko z Krakowa

Zawsze mnie fascynowały latające modele samolotów, ale największe wrażenie wywierają na mnie modele helikopterów. Bo samolocik z silniczkiem i zdalnym sterowaniem to sprawa może niełatwa do wykonania, ale o ileż prostsza od pracy nad sprawnym małym helikopterkiem. To już wyższa szkoła jazdy; tak skonstruowanie, jak i sterowanie czymś takim. I oto mamy takie cudo skonstruowane w krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej, a dokonał tego doktorant Grzegorz Chmaj. Nie byłoby może w tym nic rewelacyjnego, gdyby nie to, że ten prototyp przebił takie konstrukcje z Izraela, USA i Japonii kilkakrotnie niższą ceną. Drugą jego zaletą jest niesamowity system sterowania. Operator tego latającego robota siedzi w naziemnym pomieszczeniu, widząc dokładnie w specjalnych okularach to, co śledzi kamera zamontowana w helikopterku, a steruje jej ruchami jedynie ruchami głowy. Osoba obsługująca nie musi przechodzić długotrwałego i kosztownego szkolenia z pilotażu śmigłowca, wystarczy komputer i tydzień szkolenia. Aparat potrafi sam wystartować i wylądować, czego nie mogą dotychczas dostępne konstrukcje. Może zabrać ponad 6 kg kamer i czujników na odległość 10 km i przekazywać obraz z wysokości 1 km. Taki model to wymarzony sprzęt obserwacyjny dla wojska, policji czy służb ratowniczych, więc po polskiego robota ustawiają się kolejki z kraju i zagranicy. A naukowcy już pracują nad skonstruowaniem większej wersji urządzenia, z udźwigiem 15 kg.
Na zdjęciu konstruktor helikoptera Grzegorz Chmaj z prototypem.

P.S. To tylko zdjęcie prasowe, ale wczoraj miałem okazję zobaczyć w TV ten model w ruchu. Coś fajnego.

niedziela, 7 marca 2010

Wielki grzyb na Rynku


Z powodu długo już trwającego remontu Sukiennic i podziemi właściciele kawiarni Noworolskiego za zgodą władz miasta wystawili na płycie Rynku w pobliżu kościoła św. Wojciecha swoją placówkę w kształcie przeszklonego grzyba. W innym miejscu nie byłby on może brzydki, ale w sąsiedztwie szacownych zabytków szpeci otoczenie. Tego samego zdania jest widoczny na zdjęciu sprzedawca obrazów Szymon. Grzyb ma trwać "na posterunku" tylko do końca czerwca, ale ja znając krakowskie realia twierdzę, że będzie się tu panoszył znacznie dłużej.

P.S. Szyby grzyba nie są kolorowe, to tylko odbicie niebieskich bud stojących w pobliżu.

piątek, 5 marca 2010

Jak to było z Platonem?


Co tydzień w czwartkowej "GW" w cyklu Akademii Filozofii* publikowane są życiorysy i ciekawe fakty z życia słynnych starożytnych filozofów. Zawsze czytam te obszerne historie z ciekawością i zawsze znajduję w nich coś, o czym nie wiedziałem. Najpierw poznałem bliżej życie, osobowość a nawet wygląd Sokratesa (jego żony jędzy Ksantypy też), w następnym tygodniu opisywany był jego uczeń Platon. Nie daje mi tylko spokoju pewna niezgodność w jego historii. W Akademii Filozofii autor opisuje, jak tyran Syrakuz Dionizjos zaprosił Platona na Sycylię, żeby zapoznać się z jego poglądami. Satrapie nie odpowiadały jednak naczelne idee filozofii Platona - prawda, piękno, dobro, ład i porządek, a także przyjaźń i rozmowy filozofa z królewskim szwagrem Dionem. Podejrzewając ich o knucie spisku, postanowił szybko pozbyć się Platona z wyspy. Odprowadził go nawet na statek i pożegnał, ale już po wypłynięciu z portu Platon zorientował się, że znajduje się wśród niewolników na sprzedaż, jest po prostu jednym z nich. Na szczęście na statku przebywał jakiś jego daleki krewny i wykupił go z niewoli.
Sprawdziłem tę historię w Google'u, a tam przedstawiona jest zupełnie inaczej. Otóż ponoć Platon w wieku 18 lat w czasie morskiej podróży został porwany przez piratów i przeznaczony na sprzedaż w niewolę. Na targu niewolników miał być rozpoznany przez krewniaka i wykupiony.
Gdzie leży prawda? Może znają ją wybitni znawcy historii starożytnej, może nikt nie wie jak naprawdę było. Albo jest tak jak mawiają górale, że są trzy prawdy: cała prawda, tylko prawda i gówno prawda.

*Określenie, słowo "akademia" wzięło się stąd, że Platon po powrocie do Aten założył swą szkołę filozofów w ogrodach niejakiego Akademosa.

czwartek, 4 marca 2010

Ekologia - statystyka i rzeczywistość

Przeczytałem niedawno w "GW" raport o wynikach ankiety na temat działalności ekologicznej w naszym kraju i widzę, że te wyniki choć paradoksalne, oddają rzeczywistość w RP.
60 procent respondentów wyraża szacunek dla wszelkich działań ekologicznych,
70 procent rozumie konieczność poszukiwania alternatyw do wyczerpujących się energetycznych zasobów naturalnych,
80 procent uważa, że zwraca uwagę na problemy i działa ekologicznie. Ha!
Z drugiej strony:
80 procent przy zakupach kieruje się przede wszystkim ceną produktów,
mniej niż 5 procent zwraca uwagę na metody produkcji, a tylko 1,6 procent patrzy na rodzaj opakowania.
Ja tu nie widzę nic dziwnego, bo sam dysponując ograniczonymi środkami przy zakupach przede wszystkim kieruję się ceną, a takich jest większość w Polsce. Nawet mając świadomość o zaletach produktów w sklepie ze zdrową żywnością, nie robię tam zakupów, bo za drogo. Zdrowa żywność w Polsce jest dla dobrze zarabiających. Poza tym w takich miejscach jak Płaszów pojemniki na posegregowane odpadki usytuowane są daleko dla przeciętnego mieszkańca, który zwykły śmietnik ma pod domem. Nawet jak jest blisko, to ostatnio na ulicy Gromadzkiej jakiś kretyn umieścił pojemniki w takim miejscu, że po każdym deszczu stały one przez kilka dni w samym środku wielkiego bajora wodno-błotnego. Dwa razy rzucałem z daleka do tego błota przyniesione worki z plastikami. Takich przykładów jest więcej, ale pomijając ekologię chcę zająć się sobą i trochę schudnąć. I znowu paradoks, bo chcąc być wegetarianinem, muszę wydawać więcej pieniędzy na warzywa niż na kiełbasę i mięso przez większość miesięcy w roku. Bycie zdrowym jest też dla zamożniejszych ode mnie.

środa, 3 marca 2010

Złota Justyna

Na zimowej olimpiadzie polskiej ekipie poszło lepiej, niż ktokolwiek się spodziewał. Nasi przywieźli z Vancouver 6 medali, w tym jeden złoty - pierwszy od 38 lat (tamten zdobył Wojciech Fortuna na skoczni w Sapporo). Trzy medale - srebrny, brązowy w krótszych biegach i ten najcenniejszy zdobyła w biegu narciarskim na 30 km Justyna Kowalczyk. Już poprzednio w różnych europejskich zawodach zauważyłem jej świetne wyniki i serce do walki; to przecież góralska krew. Jest przy tym miłą i skromną dziewczyną, chociaż na lotnisku Okęcie, gdy witał ją tłum kibiców i dziennikarzy, ta skromność została żartobliwie ciut podważona, ale w sposób zupełnie naturalny i jak najbardziej usprawiedliwiony. Przede wszystkim Justyna na lotnisku zachwyciła mnie tym, że w przeciwieństwie do większości gwiazd sportu przy prezentacji swoich trzech medali przedstawiła również swoją ekipę tzw. servismanów, czyli tych odpowiedzialnych za smarowanie i stan nart ludzi. Ci zazwyczaj anonimowi współtwórcy sportowego sukcesu muszą dokładnie przewidzieć pogodę, stan pokrywy śnieżnej, wilgotność powietrza i wg tych parametrów dobrać odpowiednie smary do nart. W sporcie, gdzie liczą się setne ułamki sekundy, ma to wielkie znaczenie. Zatem bardzo mi się podobało, że po odprawie celnej na przygotowane dla niej podium, Justyna wprowadziła całą swoją ekipę, a na pytania o udział servismanów w sukcesie, odpowiedziała: "Jestem najlepsza na świecie i mam najlepszą na świecie ekipę".
Potem właśnie dzięki tej jej wypowiedzi w TV pierwszy raz zobaczyłem, jak wygląda smarowanie i woskowanie nart z użyciem specjalnego żelazka.