P.S. Dzisiaj rano w radiowych wiadomościach usłyszałem, że w Krakowie na Wiśle pokrywa lodu ma już 25 cm grubości. Po takim lodzie można spokojnie chodzić. Pierwszy raz w moim życiu słyszę o tak grubym lodzie na Wiśle krakowskiej. Nigdy wcześniej za mojej pamięci nie zamarzała całkowicie. Wiem tylko, że przed wojną i np. przy wyzwalaniu Krakowa w 1945 r. była skuta lodem. Ale gdy elektrownia w Skawinie zaczęła spuszczać do rzeki ciepłą wodę z systemu chłodzenia, nie było zamarzania. Przeszkadzały w tym również masy trujących chemikalii z różnych zakładów przemysłowych, co skutkowało zakazem kąpieli pod koniec lat 60. XX w. Od pewnego czasu media twierdzą, że Wisła jest już o wiele czyściejsza, o czym świadczy powrót wielu gatunków ryb. Jeśli rzeka zamarza, to znaczy że media nie kłamią; woda jest wolna od chemii.
sobota, 30 stycznia 2010
Pies - żeglarz zabłąkany
Z powodu kolejnego nieszczęścia w tym moim nawiedzonym domu w postaci zalania wodą (sąsiadowi nade mną pękły rury z powodu mrozu) nie miałem kiedy napisać o pewnym dzielnym psie. Kilka dni temu w Toruniu odległym od wybrzeża grubo ponad 140 km (z biegiem Wisły ok. 200 km), zdarzyło się dużemu wilczurowatemu psu znaleźć na krze lodowej, która oderwała się od brzegu i zaczęła dryfować z prądem Wisły. Po drodze w Grudziądzu i w Kwidzyniu strażacy próbowali psa ratować, ale z powodu kry lodowej i szybkiego nurtu nie mogli łódką podpłynąć do rozbitka. Po czterech dniach przymusowej żeglugi kawał lodu z psem dopłynął do ujścia Wisły, a następnie znalazł się na pełnym morzu. Wtedy i obecnie w tym rejonie statki ani kutry nie pływają prawie wcale i trzeba było dużego szczęścia, że akurat przepływał tam statek badawczy "Baltica". Marynarze zauważyli jakieś stworzenie na krze, ale byli przekonani, że to foka. Dopiero przez silną lornetkę spostrzegli, że ta "foka" ma długie łapy i uszy. Z trudem podpłynęli bliżej, wtedy "foka" zamachała ogonem - rozbitek wiedział, że nadchodzi ratunek. Zaopiekowali się psem, podleczyli, nakarmili i nadali imię "Balti". Po emisji wiadomości w TV o uratowaniu psa zgłosili się jego szczęśliwi i wdzięczni właściciele. Marynarze z żalem szykują się do rozstania z "Baltim", który tymczasem stał się już nowym członkiem załogi.
środa, 27 stycznia 2010
Ciekawej historii ciąg dalszy

Mogę teraz dodać wiele szczegółów, ponieważ w tym samym numerze DF przeczytałem wywiad z profesorem Leszkiem Kolankiewiczem. , który zajmuje się kultem afrohaitańskim - vo-doo i voo-doo. Vo-doo jest religią synkretyczną mającą źródła na afrykańskim Wybrzeżu Niewolniczym, w Togo i Beninie, ale zmieszaną z wierzeniami indiańskimi. Natomiast voo-doo to cała magiczna otoczka związana z wbijaniem igieł w laleczki, zombie i czarną magią. Okazją do wyjazdu na Haiti był Rok Grotowskiego, w którym profesor uczestniczył. Pojechał tam z Józefem Kwaterką z Uniwersytetu Warszawskiego i Grzegorzem Ziółkowskim z Instytutu Grotowskiego, by nawiązać kontakty i opowiedzieć o pracy Jerzego Grotowskiego. Twórca Teatru Laboratorium interesował się kultami afroamerykańskimi i spędził na Haiti sporo czasu. Zainspirował się duchami postaci Ogou i Azala, voodooistycznymi tańcami i pieśniami, poznał wybitnych kapłanów i uczestniczył w wielu obrzędach. Jeździł do Cazal, uważanej za polską wieś. Rzeczywiście 200 lat temu założyli ją polscy legioniści. Z 5 tysięcy przybyłych w roku 1801 i 1803 na wyspę Polaków zginęło 4 tysiące. Większość nie w walkach, lecz umarła na żółtą febrę. W tamtych czasach tropiki dla nich były straszliwymi warunkami walki i w ogóle pobytu. Tu muszę sprostować, co napisałem: że polscy oficerowie i żołnierze przyłączali się do powstańców. Prawda wygląda nieco inaczej: tylko zwykli żołnierze po dostaniu się do niewoli przechodzili na stronę walczących niewolników, natomiast oficerowie w obliczu klęski zwykle strzelali sobie w łeb. Powstańcy po zwycięstwie nad Francuzami i utworzeniu pierwszej w świecie republiki postkolonialnej wyrżnęli w pień wszystkich białych. Darowali życie wyłącznie Polakom. Tak więc wioska Cazal istnieje do dziś, a jej mieszkańcy, choćby czarni jak smoła, uważają się za Polaków. Prawdą jest jednak, że mają nieco jaśniejszy kolor skóry, a niektórzy w ciemnej twarzy błyskają niebieskimi oczami.
W 1983 roku, gdy Jan Paweł II przyjechał na wyspę, mieszkańcy Cazal wybrali spośród siebie tych o najjaśniejszej skórze, by ci z biało-czerwonymi flagami przywitali polskiego papieża. Podobno był bardzo wzruszony, a dla cazalczyków do dzisiaj jest to ogromne przeżycie. I wszyscy, którzy brali udział w tym powitaniu, jeszcze żyją. Wtedy wyspą rządził Bebe Doc, okrutny syn równie okrutnego Papa Doca. Papież wprawdzie go odwiedził, ale wygłosił taką mowę, że w niedługim czasie skończyły się rządy strasznej dynastii Duvalierów.
Już przed tragicznym trzęsieniem ziemi wioska Cazal (nie wiadomo, czy wstrząsy ją dotknęły) potrzebowała długofalowej pomocy i polscy naukowcy wcześniej rozaważali jej sposoby. Przede
wszystkim potrzebna jest edukacja, a na nią nie ma tam pieniędzy. Jest tam kilka szkół, w których należałoby uczyć angielskiego, hiszpańskiego, francuskiego. Mieszkańcy pragną też wprowadzić naukę elementarnego polskiego, choć to oczywiście nie jest pierwsza potrzeba. W wiosce są też trzy świątynie vo-doo i kościół katolicki przy placyku Jana Pawła II. Jest też jeden zrujnowany drewniany dom z wykuszami, zupełnie nietypowy dla Haiti, z dumą pokazywany jako "dom polski". Kiedyś cazalczycy sadzili przy domach malwy, była to tradycja, która już zanikła. Za to są dumni z dziwnego tańca cocoda, który uważają za taniec polski.
Grotowski jeździł do Cazal, bo ciekawiła go ta polska wieś na końcu świata. Z jego pracą nie miało to nic wspólnego, więc nie mówił o tym wcale. Natomiast dla cazalczyków jego wizyty są niezapomniane, choć nie pamiętają dobrze nazwiska. Mówią Blokowski, Deptowski. Jednego z mieszkańców wioski Grotowski zaprosił w 1980 r. do Polski razem z grupą Saint-Soleil, z którą współpracował na Haiti. To był kapłan vo-doo Amon Fremon. Cała grupa Saint-Soleil uważała go za Polaka. Prof. Kolankiewicz na prośbę Grotowskiego gościł ich w swoim mieszkaniu i oprowadzał po Warszawie. Fremon odróżniał się od grupy budową ciała: miał grube kości, przypominał górala z Tatr. Do tego brał się pod boki, przestępował z nogi na nogę, trochę jak polski chłop. Haitańscy Murzyni nigdy tak nie robią. W dodatku wódkę walił w gardło jednym haustem. Jak Polak.
Wszystko to dla mnie niesamowita sprawa. Zaskoczyła mnie podobnie jak wtedy, gdy poznałem historię Maurycego Beniowskiego, który ukradł statek i uciekł nim z zesłania na Syberii aż na Madagaskar. I jakby tego było mało, został tego Madagaskaru cesarzem! A jak myślicie, od czyjego imienia nazwano nieodległą wyspę Mauritius? Polski cesarz na Madagaskarze francuskiemu cesarzowi nie bardzo się podobał, ale to już inny temat.
wtorek, 26 stycznia 2010
Bardzo ciekawe sprawy

Z powodu wielkiej tragedii o Haiti mówi się i pisze teraz we wszystkich mediach. Parę dni temu usłyszałem w TV, że polscy ratownicy byli tam witani jak goście honorowi i że prawdopodobnie do dzisiaj obowiązuje na Haiti prawo przyznawania obywatelstwa każdemu Polakowi, który o to poprosi. A na pewno istnieje przepis, na mocy którego Polacy, jako jedyni biali cudzoziemcy mają prawo do kupna ziemi i osiedlenia się jako jej właściciel. Nic więcej jednak, żadnego wyjaśnienia nie podano. Nurtowało mnie to, bo musiała być jakaś tego historyczna przyczyna, aż przeczytałem wywiad z Zofią Pinchinat-Witucką - córką Polki i Haitańczyka. Właśnie ona przybliżyła ten temat, a resztę znalazłem w Google'u.
Po upadku powstania Kościuszkowskiego w 1797 roku z inicjatywy Jana Henryka Dąbrowskiego i za pośrednictwem "Agencji" - organizacji powstałej w tym celu, w północnych Włoszech utworzone zostały przez Francuzów Legiony Polskie. Również w tym roku Józef Wybicki napisał pieśń Legionów zwaną później "Mazurkiem Dąbrowskiego", który w XX wieku stał się naszym oficjalnym hymnem państwowym.
Legiony u boku Napoleona stoczyły wiele zwycięskich walk, ale również były klęski. W sumie w szeregach Legionów walczyło około 35 tysięcy Polaków, zginęło z nich ok. 20 tysięcy.
W roku 1801 Austria zawarła pokój z Francją, co nie przyniosło jednak rozwiązania kwestii polskiej. Rozczarowani legioniści krytykowali otwarcie Francję i Napoleona, więc niewygodne wojsko wysłano na Haiti (wówczas Hispaniolę Santo Domingo) do tłumienia powstania niewolników. To paradoks, ale Polacy walcząc o swoją wolność tłumili ruchy wyzwoleńcze innych narodów w służbie Napoleona. Jednak nie było to takie oczywiste - duża część oficerów i żołnierzy polskich wsparła powstańców-rewolucjonistów, a potem osiedliła się na Haiti. Pożenili się i mieli dzieci. Skutkiem tego jest, że obecnie spora ilość ciemnoskórych tubylców twierdzi, iż są Polakami. Bo prapradziadek był Polakiem. I choć nigdzie nie ma tego wyraźnie potwierdzonego, mam prawo mniemać, że owe przywileje z obywatelstwem i ziemią dla Polaków są skutkiem niegdysiejszego wsparcia dla rewolucji haitańskiej.
Zofia Pinchinat-Witucka wspomina swoje dzieciństwo w Polsce jako stałe skrępowanie natrętnym zainteresowaniem na ulicy, czy gdziekolwiek weszła. Marzyła wręcz, żeby być niewidzialną i do tej pory nigdy nie ubiera zbyt kolorowych rzeczy. Gdy pojechała do ojca, który mieszka teraz w Kostaryce, dopiero wtedy zaznała szczęścia, gdy nikt się za nią nie oglądał: była taka sama jak wszyscy. Mówi, że żeby wiedzieć jak źle być inną niż wszyscy, trzeba to samemu przeżyć. Ja przeżyłem trzy razy, bo trzy razy byłem w Japonii i zawsze sam wśród Japończyków, jednak żadnego dyskomfortu nie odczuwałem. Wszystko było normalnie. Teraz Polska też znormalniała, ale sam pamiętam, jak w latach sześćdziesiątych cała ulica gapiła się na przechodzącego Murzyna. Bo większość z tych ludzi pierwszy raz w życiu widziała żywego Murzyna. I z bliska.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Wahanie autorytetów
Chyba w obliczu tęgiej zimy naukowcy zmieniają zdanie. Wczoraj w wiadomościach TV usłyszałem, że znany autorytet w dziedzinie meteorologii i historii Ziemi (nazwisko wyleciało mi z pamięci) wycofał się nagle z tezy, że za 30 lat znikną himalajskie lodowce. Teraz twierdzi, że może to nastąpić za 300 lat. Inni uczeni lansują hipotezę o tym, że obecne chwilowe niewielkie ocieplenie klimatu jest tylko wstępem do kolejnej epoki lodowej. Wskazują przy tym na cykliczność zlodowaceń w historii naszej planety i ja raczej skłonny jestem im uwierzyć - zwłaszcza teraz, kiedy czuję się jak na Syberii.
niedziela, 24 stycznia 2010
Niedziela w domu
W nocy termometr wskazywał minus 23 st. C., a rano - 24 stopnie, ale dzisiaj nie musiałem nigdzie wychodzić. Zgodnie z medialnymi komunikatami, w których ostrzega się, żeby bez potrzeby nie wychodzić z domu.
Od listopada w Polsce zamarzło na śmierć ponad 180 osób. Ostatnia ofiara dzisiejszej nocy to 13-letni chłopiec. Pił ze starszymi znajomymi alkohol, a potem zasnął na mrozie.
sobota, 23 stycznia 2010
Gdzie to ocieplenie klimatu?
Na dzisiejszą noc i poranek zapowiadano minus 16 stopni Celsjusza. O godzinie 3:30 w nocy popatrzyłem na termometr: wskazywał - 20 st. C. Rano o 8:30 spojrzałem znowu na termometr. Teraz było już - 22 st. C. Ubrałem się jak co dzień, tyle że zapiąłem bluzę i kurtkę pod szyję (bez szalika) i poszedłem na zakupy. Dopiero przy kiosku zorientowałem się, że zapomniałem uzupełnić gotówkę w portfelu i w ten cholerny mróz musiałem wracać przez lodowate torowisko do domu po pieniądze. I znowu do sklepu. Kilkadziesiąt metrów od stacji Płaszów na ulicy Dworcowej stał koksownik, jak w stanie wojennym. Chętnych do ogrzania się przy nim nie było, bo dymił niemiłosiernie. Naprawdę syberyjsko-arktyczna wycieczka. Świeciło słońce, bo to wyż znad Rosji, i w pewnym momencie zauważyłem jakby tęczowy błysk. Okazało się, że w powietrzu wirują miliardy mikroskopijnych kryształków lodu.
To nie koniec mrozów, ani jeszcze nie największe. Na noc z niedzieli na poniedziałek synoptycy zapowiadają - 29 st. C. W takim razie w Płaszowie będzie minus 30.
Aneks do wczorajszego wpisu
Subskrybuj:
Posty (Atom)
