poniedziałek, 30 listopada 2009

Aneks do "Filipinek"

Teraz w 2009 r. prezes Stowarzyszenia Twórców i Producentów Sztuki Rafał Bajena namówił byłe "Filipinki" na sesję fotograficzną. Po raz pierwszy wyszły na scenę razem, ale każda w innym ubraniu. Bajena kręci też dokument o Filipinkach i przygotował wielką galę, która odbyła się 25 listopada.
Jednym ze szlagierów zespołu była piosenka "Batumi" o herbacianych polach w okolicach tego miasta. Podczas tournee po ZSRR w Gruzji dzięki tej piosence Filipinki zyskały niebywałą popularność i nieraz śpiewały ją na bis. I w czasie gdy autor reportażu rozmawia z prezesem Bajeną, w jego gabinecie odzywa się telefon. Dzwonią z ambasady gruzińskiej. Ich telewizja publiczne chce ściągnąć koniecznie Filipinki do siebie. Prezydent Saakaszwili dobrze je pamięta i bardzo chce, żeby wystąpiły. Ha.

niedziela, 29 listopada 2009

"Filipinki"





Z rozrzewnieniem przeczytałem wspomnienie o bardzo kiedyś popularnym dziewczęcym zespole pod nazwą "Filipinki", chociaż wtedy, w czasach swej świetności wcale mi się nie podobał. Powstał on 50 lat temu w Technikum Handlowym w Szczecinie. Do uświetnienia 15-lecia szkoły nauczyciel ekonomii i kompozytor amator Jan Janikowski już rok wcześniej wybrał spośród uczennic kilka dziewcząt mających predyspozycje do śpiewania w chórku. Ich pierwszy szkolny występ w 1960 r. został entuzjastycznie przyjęty i tak zaczęła się wielka kariera. Trafiły do radia, miały koncerty, ale jeszcze pod nazwą "Zespół Wokalny Technikum Handlowego". Wychodziło wtedy popularne pisemko dla dziewcząt "Filipinka", chórzystki napisały do redakcji prośbę o użyczenie nazwy, co zostało z wielką chęcią zaakceptowane. Od tej pory już "Filipinki" stały się szalenie popularne. Chyba szczyt osiągnęły, gdy przy okazji wyprawy w kosmos pierwszej kobiety - Walentyny Tierieszkowej w 1963 r. zaśpiewały "Walentyna twist". Zaproszono je do ZSRR, gdzie jak dziś wspominają, traktowane były po królewsku, jak nigdzie na świecie. Bo na Moskwie się nie skończyło - jeździły po świecie, były również w USA, gdzie podbiły serca Polonii. Skromne dziewczęta żyły jak we śnie.
Jeszcze przed tymi wojażami wydano ich pierwszy singiel, który szybko rozszedł się w nakładzie 350 tys. Zaraz potem normalną płytę o nakładzie 650 tys. Dzisiaj na tytuł Złotej Płyty wystarczy sprzedać 10 tys. egzemplarzy. Płyt było potem było dużo, ale jak to w komunie, dziewczyny zarabiały grosze. Paradoksalnie najwięcej na tournee w ZSRR, bo wtedy miały za 6 rubli 1 bona dolarowego w kraju. Natomiast na całą kilkutygodniową "delegację" do USA dostały po 10 (!) dolarów z państwowej kasy. Nie miały wykształcenia muzycznego, więc wg przepisów jako amatorki musiały zadowolić się groszowymi stawkami. Dzisiaj przy takich nakładach płyt byłyby milionerkami. Mimo to nie czują się pokrzywdzone; wspominają tamte lata, jako najpiękniejszą przygodę życia.
Z sześciu Filipinek jedna niestety nie żyje. Pozostałe mają się dobrze, niektóre z nich na 3 ostatnich zdjęciach. Na pierwszym chórek uczennic z profesorem Janem Janikowskim, na następnym już w trasie koncertowej.

sobota, 28 listopada 2009

Najmniejszy koncert świata



Od wielu lat znamy i lubimy z Ayano wywodzącego się z Krakowa teatralnego, filmowego i telewizyjnego aktora Jana Peszka. Znamy też, choć rzadziej widujemy na ekranie jego córkę, także aktorkę, ale i piosenkarkę - Marię Peszek. Jakieś dwa lata temu zaszokowała zacofaną część opinii publicznej bardzo osobistymi i szczegółowymi tekstami swoich piosenek o seksie na nowo wydanej płycie. Teraz dowiaduję się, że postanowiła wystąpić na koncercie dla zaledwie 20 osób. Nie jest to zupełnie nowy pomysł, bo 3 lata temu zagrali w ten sposób m.in. Myslovitz, T.Love, Kult i Homo Twist. Po przerwie idea wróciła i w futurystycznym studiu nagraniowym w Alwerni wystąpiła 26 listopada Maria Peszek. Wcześniej grał tu Sidney Polak, niebawem wystąpi Voo Voo, Lech Janerka, Tilt, T.Love i Hey. Maria Peszek zagrała dla grupy 20 starannie wyselekcjonowanych fanów, co nie znaczy, że wystrój lub oprawa muzyczna były ograniczone do minimum. Wszystko jak na wielkim koncercie, a do tego osiem kamer. Artystka mówi, że nie zna twarzy widzów, ale chce żeby poczuli się, jakby ich dobrze znała, że wie skąd przyjechali i co każdy musiał zrobić, żeby znaleźć się na widowni. I rzeczywiście - koncert w takiej postaci musi dawać poczucie prawdziwie bliskiego kontaktu artysty z publicznością.

czwartek, 26 listopada 2009

Tłok, czy nie tłok?

Na łamy "Gazety Wyborczej" przeniosła się sprzeczka MPK z pasażerami na temat tłoku w tramwajach lub autobusach. Otóż dyrekcja MPK twierdzi, że definicja tłoku ma uzasadnienie dopiero wtedy, gdy na 1 metr kwadratowy przypada więcej niż 4 pasażerów. Użytkownicy się buntują i mają rację, utrzymując, że tramwajami nie podróżują same modelki (lub szczupłe studentki, jak na zdjęciu). Jeśli na metrze kwadratowym staną 4 starsze i korpulentne osoby, tłok jest ewidentny. I tak dyskusja trwa, a sytuacja się nie zmienia. Po krakowsku.

środa, 25 listopada 2009

Państwo prawa?

Wczoraj w TV obejrzałem reportaż o pewnym małżeństwie, które z powodu "niuansu prawnego" za kilka dni musi opuścić swój piękny, niedawno wybudowany dom. Pan G. prowadził do niedawna dobrze prosperującą firmę budowlaną, zimą zatrudniając 20 pracowników, w sezonie remontowym nawet ponad 70. W czasie realizowania jednego ze zleceń zakupił rury za 11 tys. zł, ale nie zapłacił za nie z powodu niewypłacalności zleceniodawcy. I nie zdążył uregulować należności, bowiem firma handlująca rurami sprzedała jego dług firmie windykacyjnej, której szef jeździł po kraju i skupował wierzytelności po obniżonej cenie. Sprawa trafiła do sądu i komornika i nie pomogło to, że państwo G. w sądzie przedstawili dowody wpłaty należności za rury wraz z odsetkami za zwłokę i prowizjami dla komornika, co wyniosło już ponad 29 tysięcy. Nie pomogło dlatego, że kombinator windykator sam zadzwonił miesiąc wcześniej do pana G. i podał mu numer konta bankowego, na które trzeba zrobić przelew zaległej kwoty. Zrobiła to żona pana G. z konta syna, ponieważ ich własne konta były zablokowane. W sądzie okazało się, że konto podane telefonicznie przez windykatora należy nie do niego, lecz do jego żony. Wobec tego upierał się, że pieniędzy de facto nie odzyskał, a te które wpłynęły na konto żony, nie zostały przelane z konta dłużników. Sąd uznał, że w świetle prawa tak właśnie się ma sprawa i wobec tego zajęty przez komornika dom będzie zlicytowany. I tak nowy dom warty ponad 800 tys. zł został w majestacie prawa sprzedany za 243 tysiące, a państwo G. muszą się z niego wynieść.
W ten sposób sprytny i podły kombinator pozbawił ludzi dorobku życia, wykorzystując wrednie niuans prawny. Jednak gołym okiem widać było szytą grubymi nićmi intrygę, ale sąd tego nie widział. Realizator dokumentu w żaden sposób nie mógł skontaktować się z prezesem tego sądu, ani z jego rzecznikiem prasowym, choć prawo nakazuje udzielać mediom wyjaśnień. Od tego jest właśnie rzecznik prasowy. A tak często słyszę od polityków, że żyjemy w państwie prawa. Co to za prawo? Co to za kraj?

poniedziałek, 23 listopada 2009

Pyszności (Oishiiiiii!)










Nie miałem specjalnego pomysłu na obiad, więc wymyśliłem nieskomplikowaną potrawę dwuczęściową: ziemniaki i pieczarki (ok 15 dkg) z jajkami. Podczas gdy gotowały się ziemniaki, wypłukałem i pokroiłem pieczarki, a następnie przyrumieniłem na margarynie posiekaną cebulę. Na tą rozgrzaną patelnię wrzuciłem pieczarki, przy czym trzeba było jeszcze dodać margarynę i mieszać. Posoliłem dopiero, gdy grzyby były już rumiane, żeby nie puściły od razu soku. Na to wbiłem dwa jajka i też je posoliłem. Można też dodać trochę pieprzu. Z ziemniaczkami było to tak pyszne, że dwa razy dokupowałem pieczarki, żeby powtórzyć tą rozkosz dla podniebienia. Właśnie dzisiaj zjem trzeci taki obiad.

niedziela, 22 listopada 2009

Żubry z Teremisek

Pisałem już o tych zwierzakach, ale Adam Wajrak znowu porusza ten temat, a ja nie mogłem się oprzeć urokowi zdjęcia żubrów o jesiennym poranku, po nocy z przymrozkiem, o czym świadczy szron na trawie. Na świecie żyje jeszcze około 3000 żubrów, a w Polsce (z czego jestem dumny) około tysiąca. W Puszczy Białowieskiej, gdzie leżą Teremiski i gdzie mieszka Wajrak, przebywa stado 436 osobników. Nie są to bizony, więc nie jest to jednolite stado, lecz podzielone na rodzinne, samcze lub młodzieżowe grupki. Na łąkach w okolicy Teremisek w jesieni ubiegłego roku pasło się 13 żubrów, tej zimy Adam z sąsiadem zakładają się o to, czy będzie ich 20, czy 30.