środa, 12 października 2011

Inspiracje




Jesienny nastrój skłania mnie do popełniania takich obrazków. Ten z sowami ("Drzewo mądrości") jest z 2003 roku, "Magiczne drzewko" poniżej - sprzed tygodnia.

niedziela, 9 października 2011

Wybory

Rano było zimno, ale nie padało, poszedłem więc do lokalu komisji wyborczej. W budynku byłej szkoły podstawowej, a obecnie przedszkola funkcjonują dwie rejonowe komisje. Przy stołach komplety członków komisji i oprócz mnie ani jednego głosującego (godz. 8:20). Po chwili pojawił się mój kolega Adam. Wracaliśmy razem, chociaż on przyjechał na rowerze. Teraz rower nam tylko towarzyszył. Żaden z nas nie zapytał drugiego, jak głosował. Tak lepiej, bo zawsze nam się fajnie siedzi razem i żartuje w barze przy kufelku piwa. Nie chcemy tego psuć ewentualnie odmiennymi poglądami politycznymi - Polacy czasem politykę traktują zbyt emocjonalnie, zacietrzewiają się. Czasami może ucierpieć na tym przyjaźń. Ale gdyby Adam jednak spytał mnie, na kogo głosowałem, odpowiedziałbym że na "wariota". Jakiego wariota? - Palikota!
Tak, chociaż popieram Platformę Obywatelską, a PiS mnie po prostu mierzi, mam dość już tych przepychanek: PO albo PiS, PiS lub PO. Ruch Palikota nieoczekiwanie przekroczył znacznie próg wyborczy i staje się trzecią siłą polityczną w Sejmie. Platforma pewnie wygra, a wtedy koalicja z partią Palikota może być ciekawa i ożywcza dla kraju. Ten facet mający opinię szalonego performera ma dobre pomysły, tylko nie ma z kim ich realizować. Jest bardzo ambitny, może za bardzo. Dlatego kuratela ze strony PO nie zaszkodzi. Byle daleko od PiS, pisiorów i klerykałów, ich bogoojczyźnianych zapędów i pobrzękiwania szabelkami, przestarzałego hasełka "Bóg, Honor i Ojczyzna". Albo sama nazwa odłamowej z PiS-u partii - Polska Jest Najważniejsza. Dla mnie najważniejsze są praca z godziwym zarobkiem, bezpieczne życie i dobre mieszkanie. Pan Bóg mi tego z nieba nie ześle, ani żaden honor nie zapewni. A Polska wcale nie jest najważniejsza, najważniejszy jest CZŁOWIEK!

piątek, 7 października 2011

Smak i kolor



Dzisiaj na obiad krupniok podsmażony z cebulką, kapusta zasmażana i ziemniaki. Smak kiszki chodził za mną od dłuższego czasu.
Rozdzielacz USB w kolorze majtkowego różu wygląda zdecydowanie lepiej po włączeniu komputera.

środa, 5 października 2011

Idiotyzmy w NHK

Od dwóch miesięcy oglądam z anteny satelitarnej niekodowany program japońskiej telewizji NHK World w wersji angielskojęzycznej. Jest bardzo fajny z tego względu, że każdego dnia pokazuje inny ciekawy kawałek prawdziwej Japonii. Oprócz tego często Chiny i inne kraje Azji, czasem zahacza o Europę i obie Ameryki. Reportaże z Rosji też były. Wszystko fajnie, tylko czasem irytują mnie niektórzy japońscy prezenterzy (niejapońscy też tam pracują). Czasami chcą być bardziej amerykańscy niż Amerykanie. Np. wczoraj były pokazywane trochę dziwaczne ceremonie rozwodowe po japońsku w tokijskiej dzielnicy Asakusa. I co ja słyszę z ust Japonki? Ano to, że jest to dzielnica "Ejsekiuse". A dzisiaj japońska wyspa Rebun wg japońskiego prezentera nazywała się Ribiun.
Trochę mniej byłem kiedyś zniesmaczony, gdy w tokijskim pociągu słyszałem, jak Amerykanka zawołała: "ooo, Ajkibiukiurou! (Aikibyukyurou!), gdy wjechaliśmy na stację Ikebukuro - bo to tylko głupkowata Amerykanka. Ale gdy Japończyk idiotycznie kaleczy nazwy miejsc w swoim kraju, to naprawdę brzmi głupio. Owszem, są nazwy takich krajów i miast, które w każdym języku mają swoje miano, jak u nas Nowy Jork, Londyn czy Paryż. Ale już Newcastle (też duże miasto) nie nazywamy Nowym Zamkiem. Są miejsca na świecie, których nazwy wymawiamy w oryginalnym brzmieniu niezależnie od naszej przynależności narodowej. Tym bardziej Japończycy z NHK powinni uszanować własne nazewnictwo i nie podlizywać się angielskojęzycznym telewidzom.

niedziela, 2 października 2011

Weekendowy obiad


Ponieważ od upichcenia poprzedniego bigosu upłynął już miesiąc, wczoraj ugotowałem go znowu. I nie żałuję. Trochę więcej niż zwykle po obiedzie piję herbaty, bo sypnąłem do bigosu sporo chili, ale tak lubię.

sobota, 1 października 2011

Trafiona diagnoza

Śmiałem się głośno sam do siebie, przeczytawszy przedwyborczą wypowiedź (jej fragmenty) Lecha Wałęsy na temat PiS-u. - "Problem polega na tym, że wielu ludzi jest niezadowolonych i to z przeróżnych rzeczy. Jeden z teściowej, drugi z żony, trzeci z chomika, a Kaczyński wszystkich ich zbiera..." i "... tam zebrali się wszelkiego typu defetyści i paranoicy...". Wałęsa senior prostymi słowami często trafia w sedno, nic dodać, nic ująć.

Absurdy bez końca

Wiadomo, że PRL był krajem absurdalnym, ale teraz w demokratycznym państwie Unii Europejskiej wciąż roi się od absurdów. W Polsce może mieszkać ok. 100 tys. emerytów pobierających emerytury zza granicy (ile, nikt nie wie, bo nikt nigdy tego nie policzył). Od pewnego czasu niektórzy z nich mają wielki problem z odbiorem ciężko zapracowanych pieniędzy, bo w naszym kochanym kraju nie ma kto potwierdzić, że są żywymi osobami. "Gazeta Wyborcza" zbadała przypadek pana Zbigniewa, ekonomisty z Warszawy, od 7 lat dostającego emeryturę z Francji. Co miesiąc dostaje kilkaset euro, a średnio co 2 lata francuski ZUS przysyła specjalny formularz, który ma potwierdzić jego żywy stan (dowód życia!), żeby nie wysyłać emerytury umarłemu. Taki formularz do niedawna wypełniał bez problemów polski ZUS, ale 4 lata temu odmówiono tego panu Zbigniewowi - poniekąd zmieniły się przepisy. Odesłano go do Urzędu Miasta, gdzie emeryt własnoręcznie wypełnił formularz, urzędnik przybił pieczęć i sprawa była załatwiona. Niestety po kolejnych 2 latach, okazało się w Urzędzie, że i tam zmieniły się przepisy i nie mogą oni dać dowodu życia. Wysłano pana Zbigniewa do notariusza, gdzie za opłatą (z jakiej racji ktoś ma dopłacać do swojej emerytury?) miał dokonać potwierdzenia. Niestety okazało się, że notariusz musi to zrobić na własnym papierze firmowym, bo na obcym formularzu mu nie wolno. Takiego znowu pisma francuski ZUS nie zaakceptował i wstrzymał panu Zbigniewowi emeryturę do czasu wyjaśnienia sprawy. Emeryt pozostał na kilka miesięcy bez środków do życia, bo tego jego życia w tym cholernym kraju nie miał kto potwierdzić.
Dopiero jego znajomy - też "zagraniczny" emeryt wpadł na pomysł i poszedł do francuskiej ambasady, gdzie bez łaski i bez opłat wypełniono formularz, opatrując wiarygodną pieczęcią francuskiego urzędu. Dlaczego polskim urzędasom nie przychodzą do tępych łbów najprostsze rozwiązania?