sobota, 6 sierpnia 2011

Maleńkie "coś"




Oba sukulenty chowają się zdrowo, jednak moja dusza eksperymentatora nie śpi. Gdy parę tygodni temu zrobiliśmy sobie z Ayano małą wycieczkę do Wieliczki (ale nie do kopalni soli), kupiliśmy tam m.in. paczkę suszonych daktyli. Oczywiście po zjedzeniu dwóch pierwszych suszek odłożyłem pestki, a potem wsadziłem je do ziemi w pojemniku po margarynie i podlałem wodą. Przez ten cały czas nie myślałem o sadzonce, było paskudnie i zimno, kubełek stał sobie na parapecie. W ostatnich dniach zrobiło się ciepło i zacząłem zastanawiać się, czy nie wystawić tego na słońce. Wczoraj wieczorem wpadłem na pomysł, żeby umieścić "doniczkę" pod nocną lampką, a dzisiaj rano w tym miejscu, gdzie zagrzebałem dwie pestki, zauważyłem maleńkie zielone COŚ. Nie wiem, czy to nie jakiś przypadkowy chwaścik, ale podlałem to i trzymam znowu pod lampką, bo na zewnątrz jest co prawda 27 st. C, ale nie ma słońca. A nuż widelec wyrośnie mi jakaś palemka daktylowa?

piątek, 5 sierpnia 2011

Wyprawa po gazetę










Od miesiąca zmieniła się sytuacja w kwestii kupna "Gazety Wyborczej". Jak przedtem mogłem po nią pójść do sklepu czy kiosku nawet wieczorem, tak teraz czasem już o 9 rano już jej nie ma. Jedna z pań kioskarek twierdziła, że "gazeta poprawiła się, lepiej piszą, to i ludzie kupują i czytają", a ja pomyślałem, że spada popularność PiS-u w pisiarskiej okolicy, w sklepie zaś usłyszałem, że po prostu dociera mniejsza ilość egzemplarzy z powodu dużej ilości zwrotów. W każdym razie, żeby w "moje" dni - czwartki i piątki na pewno mieć "Gazetę", muszę wybrać się na drugą stronę kolejowych torów, niekoniecznie wcześnie rano i może być nazajutrz, bo pani z kiosku mi ją odłoży. To droga dość daleka, wiodąca najpierw długim, prostym i nudnym odcinkiem ulicy Gromadzkiej, w czasie upałów bez śladu cienia. Potem jest długi "legalny" tunel, a przy jego wlocie sterty starych płyt betonowych i sterty gruzu pozostałe z budowy nowej drogi, o której przedwczoraj pisałem. Leży to wszystko ponad rok, zarosło zielskiem i nikt z tym nic nie robi. Tak samo jak z opakowanymi w folię nowymi płytkami chodnikowymi na paletach, tyle że nimi interesują się złodzieje, bo ubywa ich z rozerwanych opakowań. Po drugiej stronie tunelu jest ulica Prokocimska o dwóch obliczach. Jest jezdnia z przyzwoitym chodnikiem, ale jest też druga jezdnia, dziurawa i z koślawym chodnikiem prowadzącym na dworzec i do kiosku, na którym można połamać nogi. Ponad rok temu ktoś naprawił kilkumetrowy odcinek tego chodnika, a po tej robocie na całej jego szerokości pozostała kupa piachu. I tak sobie leży drugi rok.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Dawka słońca dla ogródka







Po trzytygodniowej szarudze od wczoraj świeci słońce, jak na pełnię lata przystało. Kwiaty nabrały żywszych barw, hortensje i onętki cieszą oko. W ziemi mojego ogródka zawsze jest mnóstwo nasion onętka i od kilku lat w ogóle nie sieję tej rośliny - wyrasta samoistnie w każdym miejscu. Razem z Ayano w czerwcu usuwaliśmy małe onętki z sąsiedztwa bobu, pomidorów i piwonii, ile się dało tyle przesadzaliśmy na onętkową grządkę. To twardy zawodnik: nawet przewrócony na ziemię kwitnie nadal, jakby nic się nie stało. Za jakiś czas jego łodygi same zakręcą do góry, ku słońcu. Teraz to tu, to tam wyrastają samotne krzaczki i teraz zostawiam je w spokoju, bo niczemu już nie zagrażają. Poletko nasturcji zrobiło się bujne głównie w liściach i podobnie jak różowa hortensja wypycha się przez szpary w płocie na zewnątrz. Bluszcz rośnie, ale na razie nie chce przyczepić się do ściany budynku; znowu pomogłem mu kijaszkiem.

środa, 3 sierpnia 2011

Ozdoba Gromadzkiej






Już ponad rok funkcjonuje nowa dwupasmowa droga szybkiego ruchu w naszym Płaszowie, w miejsce starej i dziurawej ulicy Krzywda. Od listopada jeździ tramwaj (linie 20 i 11), chociaż miał być dopiero od kwietnia tego roku - cud nad Wisłą. Nawet nasza stara ulica Gromadzka wygląda przyzwoicie, ale przy samym pięknym jej skrzyżowaniu z nową trasą tkwi uparcie antyczna ozdoba. Wszystkie inne podobne ruiny w związku z budową drogi zostały wyburzone, tylko ta jedna z niewiadomych przyczyn, niczym chroniony zabytek stoi sobie niewzruszenie i murszeje, sypie się z miesiąca na miesiąc. Nie jest w żaden sposób zabezpieczona, tylko czekać, aż zawali się na jakieś buszujące tam dzieciaki. Nawet smakosze tanich win obawiają się tam degustować trunki.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Pomidorowa klęska














Trochę zły jestem na siebie, że rano uległem impulsowi i ze złością strząsnąłem i rozdeptałem dwa ślimaki z pomidora, na którym siedziały i nim się obżerały - przepadło fajne zdjęcie. Te bezskorupowe ślimaki, to obecnie plaga krakowskich i podkrakowskich ogrodów. W przeciwieństwie do niezbyt szkodliwych winniczków i innych muszlowców, te "nagusy" zżerają wszystkie warzywa, a nawet liście warzyw. Ich ofiarą padają oczywiście moje pomidory, ale drugą przyczyną klęski pomidorowej w moim ogródku jest niekończąca się deszczowa i zimna aura. Pomidory i bez ślimaków gniją już na krzaku, zanim zdążą dojrzeć; obraz nędzy i rozpaczy. Nawet gdy widzę nowe zieloniutkie pomidorki, wiem że nic z nich nie będzie.
Dobrze się mają tylko hortensje i onętki. Różowa hortensja zaczyna mieć niebieskawe odcienie i pcha się z kwiatami przez płot na zewnątrz, a biała z kolei ma tendencje różowawe. Na jednym z kwiatów onętka pomimo marnej pogody usiadł trzmiel; zdążyłem go uchwycić w fazie odlotu.
Ayano już dawno posiała pod płotem powój japoński, ale dopiero teraz zaczyna rosnąć i okręcać się wokół sztachety.

sobota, 30 lipca 2011

Raport Millera. Jadowity naród.

Wczoraj opublikowano wreszcie raport komisji Jerzego Millera w sprawie katastrofy smoleńskiej, który według mnie jest bardzo wnikliwy i rozważny. Oprócz przewinień strony rosyjskiej wyszczególniono cały szereg nieprawidłowości w funkcjonowaniu 36. Pułku Lotniczego, wożącego najważniejsze osoby w naszym państwie. I znowu okazało się, jak skłóconym i dosłownie głupim jesteśmy narodem. Widać to i słychać było przy zadawaniu pytań Jerzemu Millerowi (i członkom komisji) na konferencji prasowej. Padały pytania rzeczowe (również od dziennikarzy rosyjskich), ale również takie, które sugerowały wręcz "zdradę" narodową. Znowu budzą się demony kretyństwa polskiego, jak wtedy, gdy "walczono" o krzyż pod pałacem Prezydenckim, gdy snuto niezliczone teorie spiskowe na temat rosyjskiej winy, nawet zamachu w Smoleńsku.
Daleko nam do Norwegów, którzy w obliczu niedawnej tragedii pokazali prawdziwą klasę. Ta tragedia naprawdę ich jednoczy i cementuje. Nikt tam jej nie wykorzystuje w celach politycznych, chociaż zamachowiec wymordował młodzież "polityczną", zgrupowaną na pikniku programowym młodzieżówki partyjnej, często - dzieci polityków partii rządzącej. Nikt tam nie opluwa się jadem, jak w Polsce. Zastanawiam się, skąd tyle tej toksycznej śliny w naszym narodzie. Socjologowie i badacze dziejów mówią, że zbierała się ona od kilkuset lat naszej historii. Moim zdaniem dochodzi do tego jeszcze siedzący nam w genach narodowy charakterek.
Czas jeszcze uczyć się od innych narodów kultury i opanowania.

piątek, 29 lipca 2011

Analogie

Prawie tydzień temu w Chinach wydarzyła się tragedia, która nie miała prawa się wydarzyć. W katastrofie szybkiej kolei w prowincji Zheijang zginęło 39 osób, a 190 zostało rannych, bo na uszkodzony i stojący na torze pociąg wpadł pędzący następny skład chińskiej TGV. Jak to możliwe? Przecież na zdrowy rozum w XXI wieku muszą być jakieś zabezpieczenia, przecież to są bardzo proste sprawy. Ale widocznie nie w Chinach. Teraz wiadomo, że takie zabezpieczenia oczywiście były, ale nie zadziałały. Wiadomo, że zamiast czerwonego światła, maszynista tego drugiego składu miał cały czas zielone. No więc doszło do katastrofy, stało się. Ale dlaczego zamiast zabrać pociąg do badania przyczyn tragedii, zakopano go w całości w błocie? Tak jakby chciano coś ukryć...
Jednak nawet w Chinach wreszcie tak media, jak i zwykli ludzie (w tym rodziny ofiar) nie chciały tym razem milczeć. Zrobił się szum i całą sprawę zaczęto sumiennie badać - z udziałem najwyższych władz. Myślę zresztą, że nie tyle chodziło tu o ukrywanie czegoś, ile o obawę tzw. utraty twarzy, co w Państwie Środka ma duże znaczenie kulturowe.
To trochę mentalność PRL-u lat 70. Przypomina mi to zdarzenie, kiedy w roku 1980 wysłano mnie wraz z samochodem KAMAZ w delegację na budowę huty Katowice. Na miejscu wielokrotnie słyszałem opowieści, jak to kilka lat wcześniej przed zapowiadaną wizytą (i rocznicą 22 Lipca) I sekretarza Edwarda Gierka, zakopywano wiele ciężkiego sprzętu w błocie, żeby wyrównać teren, czy jakieś tam wielkie fundamenty zalać betonem - żeby wszystko było GOTOWE - a maszyn wyciągać nie było czasu. Też chodziło o to, żeby nie "stracić twarzy" przed towarzyszem Gierkiem. I stanowisk.