Oba sukulenty chowają się zdrowo, jednak moja dusza eksperymentatora nie śpi. Gdy parę tygodni temu zrobiliśmy sobie z Ayano małą wycieczkę do Wieliczki (ale nie do kopalni soli), kupiliśmy tam m.in. paczkę suszonych daktyli. Oczywiście po zjedzeniu dwóch pierwszych suszek odłożyłem pestki, a potem wsadziłem je do ziemi w pojemniku po margarynie i podlałem wodą. Przez ten cały czas nie myślałem o sadzonce, było paskudnie i zimno, kubełek stał sobie na parapecie. W ostatnich dniach zrobiło się ciepło i zacząłem zastanawiać się, czy nie wystawić tego na słońce. Wczoraj wieczorem wpadłem na pomysł, żeby umieścić "doniczkę" pod nocną lampką, a dzisiaj rano w tym miejscu, gdzie zagrzebałem dwie pestki, zauważyłem maleńkie zielone COŚ. Nie wiem, czy to nie jakiś przypadkowy chwaścik, ale podlałem to i trzymam znowu pod lampką, bo na zewnątrz jest co prawda 27 st. C, ale nie ma słońca. A nuż widelec wyrośnie mi jakaś palemka daktylowa?
sobota, 6 sierpnia 2011
Maleńkie "coś"
Oba sukulenty chowają się zdrowo, jednak moja dusza eksperymentatora nie śpi. Gdy parę tygodni temu zrobiliśmy sobie z Ayano małą wycieczkę do Wieliczki (ale nie do kopalni soli), kupiliśmy tam m.in. paczkę suszonych daktyli. Oczywiście po zjedzeniu dwóch pierwszych suszek odłożyłem pestki, a potem wsadziłem je do ziemi w pojemniku po margarynie i podlałem wodą. Przez ten cały czas nie myślałem o sadzonce, było paskudnie i zimno, kubełek stał sobie na parapecie. W ostatnich dniach zrobiło się ciepło i zacząłem zastanawiać się, czy nie wystawić tego na słońce. Wczoraj wieczorem wpadłem na pomysł, żeby umieścić "doniczkę" pod nocną lampką, a dzisiaj rano w tym miejscu, gdzie zagrzebałem dwie pestki, zauważyłem maleńkie zielone COŚ. Nie wiem, czy to nie jakiś przypadkowy chwaścik, ale podlałem to i trzymam znowu pod lampką, bo na zewnątrz jest co prawda 27 st. C, ale nie ma słońca. A nuż widelec wyrośnie mi jakaś palemka daktylowa?
piątek, 5 sierpnia 2011
Wyprawa po gazetę
czwartek, 4 sierpnia 2011
Dawka słońca dla ogródka
środa, 3 sierpnia 2011
Ozdoba Gromadzkiej
wtorek, 2 sierpnia 2011
Pomidorowa klęska
Dobrze się mają tylko hortensje i onętki. Różowa hortensja zaczyna mieć niebieskawe odcienie i pcha się z kwiatami przez płot na zewnątrz, a biała z kolei ma tendencje różowawe. Na jednym z kwiatów onętka pomimo marnej pogody usiadł trzmiel; zdążyłem go uchwycić w fazie odlotu.
Ayano już dawno posiała pod płotem powój japoński, ale dopiero teraz zaczyna rosnąć i okręcać się wokół sztachety.
sobota, 30 lipca 2011
Raport Millera. Jadowity naród.
Wczoraj opublikowano wreszcie raport komisji Jerzego Millera w sprawie katastrofy smoleńskiej, który według mnie jest bardzo wnikliwy i rozważny. Oprócz przewinień strony rosyjskiej wyszczególniono cały szereg nieprawidłowości w funkcjonowaniu 36. Pułku Lotniczego, wożącego najważniejsze osoby w naszym państwie. I znowu okazało się, jak skłóconym i dosłownie głupim jesteśmy narodem. Widać to i słychać było przy zadawaniu pytań Jerzemu Millerowi (i członkom komisji) na konferencji prasowej. Padały pytania rzeczowe (również od dziennikarzy rosyjskich), ale również takie, które sugerowały wręcz "zdradę" narodową. Znowu budzą się demony kretyństwa polskiego, jak wtedy, gdy "walczono" o krzyż pod pałacem Prezydenckim, gdy snuto niezliczone teorie spiskowe na temat rosyjskiej winy, nawet zamachu w Smoleńsku.
Daleko nam do Norwegów, którzy w obliczu niedawnej tragedii pokazali prawdziwą klasę. Ta tragedia naprawdę ich jednoczy i cementuje. Nikt tam jej nie wykorzystuje w celach politycznych, chociaż zamachowiec wymordował młodzież "polityczną", zgrupowaną na pikniku programowym młodzieżówki partyjnej, często - dzieci polityków partii rządzącej. Nikt tam nie opluwa się jadem, jak w Polsce. Zastanawiam się, skąd tyle tej toksycznej śliny w naszym narodzie. Socjologowie i badacze dziejów mówią, że zbierała się ona od kilkuset lat naszej historii. Moim zdaniem dochodzi do tego jeszcze siedzący nam w genach narodowy charakterek.
Czas jeszcze uczyć się od innych narodów kultury i opanowania.
piątek, 29 lipca 2011
Analogie
Prawie tydzień temu w Chinach wydarzyła się tragedia, która nie miała prawa się wydarzyć. W katastrofie szybkiej kolei w prowincji Zheijang zginęło 39 osób, a 190 zostało rannych, bo na uszkodzony i stojący na torze pociąg wpadł pędzący następny skład chińskiej TGV. Jak to możliwe? Przecież na zdrowy rozum w XXI wieku muszą być jakieś zabezpieczenia, przecież to są bardzo proste sprawy. Ale widocznie nie w Chinach. Teraz wiadomo, że takie zabezpieczenia oczywiście były, ale nie zadziałały. Wiadomo, że zamiast czerwonego światła, maszynista tego drugiego składu miał cały czas zielone. No więc doszło do katastrofy, stało się. Ale dlaczego zamiast zabrać pociąg do badania przyczyn tragedii, zakopano go w całości w błocie? Tak jakby chciano coś ukryć...
Jednak nawet w Chinach wreszcie tak media, jak i zwykli ludzie (w tym rodziny ofiar) nie chciały tym razem milczeć. Zrobił się szum i całą sprawę zaczęto sumiennie badać - z udziałem najwyższych władz. Myślę zresztą, że nie tyle chodziło tu o ukrywanie czegoś, ile o obawę tzw. utraty twarzy, co w Państwie Środka ma duże znaczenie kulturowe.
To trochę mentalność PRL-u lat 70. Przypomina mi to zdarzenie, kiedy w roku 1980 wysłano mnie wraz z samochodem KAMAZ w delegację na budowę huty Katowice. Na miejscu wielokrotnie słyszałem opowieści, jak to kilka lat wcześniej przed zapowiadaną wizytą (i rocznicą 22 Lipca) I sekretarza Edwarda Gierka, zakopywano wiele ciężkiego sprzętu w błocie, żeby wyrównać teren, czy jakieś tam wielkie fundamenty zalać betonem - żeby wszystko było GOTOWE - a maszyn wyciągać nie było czasu. Też chodziło o to, żeby nie "stracić twarzy" przed towarzyszem Gierkiem. I stanowisk.
Subskrybuj:
Posty (Atom)