sobota, 14 listopada 2009

Odświeżanie wspomnień


W dzieciństwie w wakacyjnej porze spędzaliśmy z siostrą i rodzicami czas wolny od kolonii letnich u babci w Brodach koło Kalwarii Zebrzydowskiej. Spod babcinego domu z daleka widać jaśniejące wśród leśnych wzgórz wieże kalwaryjskiego klasztoru. Właściwie jest to cały kompleks z bazyliką, klasztorem i dróżkami, wpisany 10 lat temu na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
13 lub 14 lat temu obejrzeliśmy z Ayano z bliska to sanktuarium pasyjno-maryjne. Pasyjno-maryjne dlatego, że co roku w okresie wielkanocnym odgrywana jest tam ostatnia droga Jezusa. Zawsze przyjeżdża mnóstwo wiernych z kraju i zagranicy. Aktorami jak zawsze są miejscowi parafianie. Każdy z nich pragnie odgrywać Jezusa, natomiast role Piłata i Rzymian - oprawców, które też musi ktoś kreować, są w mniejszym poważaniu. Poczciwi parafianie tak sobie do serca biorą pasyjne widowisko, że w życiu prywatnym przenoszą nieuzasadnioną niechęć na "Piłata" i "katów" Chrystusa. Bywa że w wiele miesięcy po Wielkanocy przy piwnej sprzeczce zwyzywają nieszczęśników od "wrednych morderców" lub nawet przyłożą po gębie.

środa, 11 listopada 2009

Myśl prezydenta

Dzisiaj 91 rocznica uzyskania niepodległości po I wojnie światowej. Patrzę na transmisję obchodów w Warszawie. Widzę jak prezydent Kaczyński lustruje wojsko w towarzystwie generała. Z pewnością organizatorzy szukali generała niedużego, ale i tak ta para wygląda jak Pat i Pataszon. Patrzę i wiem, co Kaczor myśli: - "Co tam, Napoleon też był mały...tfu! Niskiego wzrostu!".

poniedziałek, 9 listopada 2009

20 rocznica zburzenia Muru

Dzisiaj mija 20 rocznica zburzenia Muru Berlińskiego. W miejscu gdzie był, na długości 1,5 kilometra ustawiono wielkie, wysokie na 2,5 metra kostki domina, ozdobione rozmaitymi napisami i malowidłami przez berlińską młodzież. Pierwszą, z tekstem wolnościowego songu Jacka Kaczmarskiego przewróci dziś Lech Wałęsa. Cieszy mnie, że po latach Niemcy i Europa raczyły wreszcie zauważyć, że to wszystko dzięki czemu Mur runął, zaczęło się w Polsce. Styropianową płytę do obalenia przez Wałęsę pomalowała młodzież z polskiej szkoły w Berlinie.

Pamiętam jak mówiono w domu o zbudowaniu Muru w sierpniu 1961 roku właściwie w jedną noc. Potem widziałem go nieraz w czasie pobytów w NRD. Tak bardzo chciałem zobaczyć lepszy świat za nim, że kiedyś przekroczyłem go w nielegalny sposób na kilka godzin. Na pożyczonym paszporcie, bo o własnym mogłem tylko pomarzyć. Kilka lat temu razem z Ayano oglądaliśmy mosiężne ćwieki w asfalcie berlińskiej ulicy, wyznaczające ślad po murze, który dzielił miasto, naród i Europę.

niedziela, 8 listopada 2009

Aneks do Dunajca

18 i 24 października pisałem zagrożeniu Dunajca planowanymi budowami małych elektrowni. W czwartek 5 listopada przyszli na krakowski rynek mieszkańcy naddunajeckich miejscowości, działacze ekologiczni i nawet wędkarze, żeby zaprotestować przeciwko tym planom. Wprawdzie obiecano zmianę przepisów tak, żeby uniemożliwić zabetonowanie rzeki, ale transparenty w rodzaju "Pozwólmy rzekom płynąć", ale trzeba krzyczeć, żeby urzędasy o tym nie zapomniały. Nie tylko o Dunajcu.

sobota, 7 listopada 2009

Fatalna pomoc

Przeczytałem wczoraj w "GW" historię byłej narkomanki, która jednak od 5 lat jest czysta. I niestety bezdomna, w dodatku ma 5-letnią córeczkę. Irytuje mnie sposób, w jaki działają nasze instytucje władzy i ośrodki pomocy społecznej. W wielu wypadkach nie pomagają, ale dołują ludzi takich jak ta kobieta. Bardzo trudno jej znaleźć miejsce z dzieckiem w jakimkolwiek domu opieki (w dodatku jest nosicielką HIV). Gdy już znajdzie, to zawsze jest to ograniczone czasowo - po upływie np. roku znowu musi sobie szukać lokum. Gdy znajdzie pracę, wtedy stać ją na wynajęcie mieszkania i normalne życie. Gdy pracę straci, to te "dobroczynne" instytucje zamiast pomóc jej w znalezieniu nowego zajęcia, natychmiast odbierają dziecko. Kobieta bez córki ląduje na bruku, co jest pierwszym krokiem do powrotu do narkomanii. Miała bardzo bliskiego przyjaciela, z którym nie chciała się rozdzielać. Ani z córką. Tymczasem wszystkie schroniska i noclegownie są u nas wyłącznie męskie, albo żeńskie. Dla bezdomnych nie ma pojęcia rodziny, bo nie wolno być im razem. Rozumiem trudności organizacyjne, ale przecież to nie klasztor, ani więzienie. Bezdomność nie powinna wykluczać bycia razem, to ostatnie co tym ludziom może zostało. A różne organizacje dziwią się np. podczas zimy, że bezdomni odmawiają pomocy w postaci odwiezienia ich nocą do noclegowni. Powodem jest przeważnie zakaz picia alkoholu w takich przybytkach, ale czasem chodzi po prostu o to, że ludzie nie chcą być rozdzieleni.

piątek, 6 listopada 2009

Długa inwestycja

Jakoś wczesną wiosną oderwałem i wyrzuciłem partacko zamontowane stare listwy między kuchennym blatem, a kafelkami na ścianie, mając zamiar przykleić nowe. W czerwcu razem z Ayano kupiliśmy w OBI 3-metrową listwę z tego samego tworzywa co blat i w tym samym kolorze, oraz klej montażowy. Zapomnieliśmy jednak o narożnikach i zaślepkach. Poza tym okazało się, że kafelki też są położone po partacku, ponieważ pomiędzy nimi, a blatem jest luka, nie pozwalająca na prawidłowe zamocowanie listwy. Kupiona listwa leżała więc koło wersalki pod nogami i czekała na rozwiązanie problemu. Czerwiec minął, Ayano wróciła do Tokio, a ja myślałem czasem, że wreszcie trzeba jakoś to zrobić. Za telefoniczną poradą kolegi wymyśliłem wypełnienie luki drewnianą listewką. We wrześniu więc pojechałem z sąsiadem jego samochodem do OBI i kupiłem 2 cienkie listewki , nie zapominając tym razem o narożnikach i zaślepkach, tyle że nie były już w oryginalnym kolorze. Teraz listwa z tworzywa leżała przy wersalce, a drewniane listewki stały oparte o ścianę. Po miesiącu pożyczyłem od tego sąsiada piłkę ze specjalnym uchwytem i pociąłem listwę na dokładnie odmierzone odcinki. Robota nie ruszyła dalej, bo szpara okazała się nieregularna i nie wiedziałem, jak dopasować drewniane listewki. Tydzień temu zacząłem ręcznie dużym kuchennym nożem strugać listewkę pod różnym kątem, aż wreszcie mogłem ją dopasować do szpary. W niektórych miejscach upchałem paski tektury. Po tym wyczynie poprosiłem sąsiada i razem przykleiliśmy długi odcinek listwy. Wczoraj sam przykleiłem dwa boczne odcinki i teraz sukcesywnie usuwam nożem i rozpuszczalnikiem resztki kleju ze spoiny. Tak więc ta drobna inwestycja trwała od wiosny do późnej jesieni, ale teraz w kuchni jest wreszcie tak jak trzeba. Ta akurat sprawa jest śmieszna, ale lubię działać powoli. Na przykład obrazek, który mógłbym namalować w ciągu 2 godzin, maluję 3 dni - powoli, etapami. Nie chcę w pośpiechu czegoś zepsuć, poza tym w czasie pracy mam czas na przemyślenia koncepcji i zmiany kompozycji. Ale to już zupełnie inna sprawa, niż przyklejanie listwy kuchennej.

czwartek, 5 listopada 2009

Jacek i Agatka



Gdy dziesięć lat temu przeprowadzałem się ze śródmieścia do Płaszowa, pomiędzy pakowane moje golidła i dezodoranty zaplątała się stara oliwka dla niemowląt pod nazwą "Jacek i Agatka". Produkowana była przez lata za czasów komuny, a sądząc po cenie (39,50 zł.) ta szklana buteleczka zakupiona została pod koniec lat 80. XX wieku. Oliwka ma zatem ponad 20 lat i nadaje się do muzeum polskiej kosmetyki, niemniej jednak tydzień temu używałem jej jeszcze do zmywania pewnej czepliwej maści. Nazwę tego kosmetyku zapożyczono od popularnej za komuny dobranocki dla dzieci nadawanej w TV. Pomysł był prosty i nawet niezły; na wskazujący palec ubranej w czarną rękawiczkę dłoni nasadzano piłeczkę pingpongową z namalowaną buzią Jacka, druga dłoń była Agatką, ale niezmiernie i niezmiennie irytował mnie skrzeczący głos baby udającej dzieciaki. Autorką dialogów, jeśli dobrze pamiętam, była Wanda Chotomska. Nie pamiętam natomiast, czy to ona skrzeczała. W tamtych latach co drugi urodzony chłopczyk dostawał na imię Jacek, a co druga dziewczynka - Agatka. W mojej ówczesnej rodzinie też była oczywiście siostrzenica Agatka.
Dopiero wczoraj kupiłem współczesną oliwkę w plastikowej buteleczce (8,50 zł.).
Na zdjęciu pierwszym: "Wczoraj i dziś polskiej kosmetyki".