poniedziałek, 11 sierpnia 2008

Różnice



Skończył się bigosik, planuję przyrządzenie papryki faszerowanej w prodiżu, bądź leczo w garnku, ale dzisiaj zjem oryginalny, świetny okrągły (nie jakiś wietnamski podłużny) ryż japoński, do którego dosypię przed gotowaniem również przywieziony przez Ayano specjalny zdrowy dodatek, w postaci różnych smakowitych nasion. Ryż gotuję w specjalnym "ryżowym" piecyku, który normalnie w Japonii pracuje na prądzie o napięciu 110 V, ale na lotnisku Narita można go kupić w wersji 230 V. Ugotowany ryż poleję sosem cygańskim "knorra" i zobaczymy co z tego będzie.
Wczoraj obejrzałem film Lionela Chetwynda z 2000 r. "Wojna Variana". Wg "Gazety Telewizyjnej" miała to być opowieść o amerykańskim Schindlerze ("Lista Schindlera"), który w czasie okupacji uratował 2 tysiące francuskich Żydów przed Holocaustem. Jednak już w pierwszych sekwencjach filmu wyszła na jaw ogromna różnica między działaniami Schindlera, a tym co robił w kolaboranckiej Republice Vichy (nieokupowanej południowej części Francji) pan Fry i jego pomocnicy. Jeszcze w USA ustalono z organizacją biznesmenów po części żydowskich, finansujących akcję i z żoną ówczesnego amerykańskiego prezydenta - Eleonorą Rooswelt, że ratowani będą tylko wielcy artyści, intelektualiści, naukowcy i pisarze. Skutkowało to później tym, że np. niemal na siłę nakłaniano do ucieczki Marca Chagalla, który wcale tego nie chciał, a matce czworga dzieci, która nie mogla pochwalić się żadnym dyplomem, odmówiono pomocy w wyjeździe, wręczając jej na otarcie łez zwitek dolarów. Tak więc Żydom nieznanym rozdawano tylko pieniądze, natomiast usilnie poszukiwano ludzi wg listy sporządzonej jeszcze w USA. Niby to logiczne i szlachetne z punktu widzenia idei ocalenia kwiatu narodu, ale u mnie pozostał lekki niesmaczek, zwłaszcza w porównaniu z determinacją Schindlera w ratowaniu WSZYSTKICH Żydów, jakich można było uratować. Poza tym wszystkim, zawsze wyłazi szydło z worka w kwestii różnicy między okupacją w Polsce z jej terrorem, łapankami, wywózkami do obozów i na roboty, publicznymi egzekucjami, a okupacją we Francji, Holandii i innych krajach "tamtej" Europy, a tym bardziej niby wolnej Republice Vichy pod rządami marszałka Petaina. Francuzi, Belgowie,
Holendrzy i inni do dzisiaj nie mają pojęcia, jak wyglądało u nas wtedy życie pod okupacją. Podczas gdy w Paryżu można było pić dobre wino, nieźle jeść i bawić się, w Polsce nie było takiej sielanki. Ludzie głodowali (nie wszyscy) i cieszyli się z każdego przeżytego dnia.

niedziela, 10 sierpnia 2008

Książki







Po przeczytaniu "Dobrego Stalina" W. Jerofiejewa zostałem chwilowo bez lektury "na bieżąco", wtedy wyszukałem w stercie książek na dole "nocnej" półeczki niepozorną i cienką książeczkę "OGRÓD, POPIÓŁ" autorstwa Danilo Kiśa. To zmarły w 1989 r. w wieku 54 lat prozaik i eseista serbski. W tej jego książce rzecz dzieje się w jakichś zagadkowych miasteczkach węgierskich, to znowu serbskich, jedno jest pewne - zawsze na terenie dawnej monarchii austro-węgierskiej. Pewne wcześniejsze wspomnienia sięgają czasów tej monarchii, zaś dalsze losy rodziny toczą się tuż przed II wojną światową i w jej czasie. Większość tekstu autor poświęca swojemu ojcu, który po odmowie wydania jego kuriozalnego "Rozkładu jazdy na liniach autobusowych, okrętowych, kolejowych i lotniczych" stopniowo popadał w obłęd, a właściwie w totalne dziwactwo.
Sporo pisze też o swoich przeżyciach, przemyśleniach i czasie dojrzewania. Miejscami można się doczytać delikatnych zaznaczeń o żydowskim pochodzeniu tej rodziny i jej koligacjach. W każdym razie książka jest interesująca i dobrze mi się ją czytało, tym bardziej, że widziałem między wierszami delikatne ołówkowe japońskie notki zrobione rączką Ayano. Gdy skończyłem czytanie "OGRODU, POPIOŁU", właśnie Ayano przypomniała mi, że kiedyś zostawiła w naszym płaszowskim domku książkę Kurta Vonneguta "Syreny z Tytana". Znalazłem ją w tej samej stercie w "nocnej" półce, ale jeszcze nie zacząłem, bo przy okazji natknąłem się na "Archipelag Gułag" Sołżenicyna, akurat zmarłego kilka dni temu dysydenckiego pisarza z czasów ZSRR.
Nie jest to niestety całość, lecz jakaś I część I tomu z przedmową itp., ale ciekawe jest pochodzenie tej cienkiej i zapisanej niezmiernie drobniutkim druczkiem książeczki. Wydana jest w 1973 roku w Institut Litteraire, oczywiście Maisons Laffitte, a więc u Giedroicia w Paryżu. U góry nad napisem IMPRIME EN FRANCE jest jeszcze nadruk "Niezależna Biblioteka Krakowska". Trzeba więc zdać sobie sprawę, jaką historię ma za sobą ten niepozorny tomik. Po wydrukowaniu w paryskiej drukarni trafił do rąk kogoś, kto podjął ryzyko przemycenia go do Polski. Następnie ktoś inny zajął się jego rozprowadzaniem potajemnym - przecież w tamtych czasach "Archipelagu..." słuchało się i ja słuchałem w odcinkach w "Radio Wolna Europa", oczywiście przy niemiłosiernych wyciach i szumach sowieckich zagłuszarek.
No i czytam teraz ten początek "Archipelagu...", męcząc oczy przy tym drobnym druczku i myśląc o tym, przez ile rąk przeszła i jak się u mnie znalazła ta nie tak dawno nielegalna i groźna dla posiadacza książeczka.

sobota, 9 sierpnia 2008

Podobieństwo

Rano widziałem robiącego kupkę kota. Kot poświęca się tej czynności z pełną uwagą i powagą, ale przy tym jest dość zabawny. Jakże podobny do niego w tej sytuacji jest człowiek! Chyba dlatego zamykamy się w toaletach - w obawie przed śmiesznością.
W radiu słyszałem wypowiedź jakiegoś starszego pana, który twierdził że ma dowód na to, że kobieta nie jest człowiekiem. Na reakcję oburzonej prezenterki dał przykład; jeśli za idącą ulicą parą - mężczyzną i kobietą zawołać: "hej, człowieku!", to zawsze obejrzy się tylko mężczyzna. Chi chi!
Ja tu sobie głupkowato filozofuję, a mam problem. Nie poszedłem na pogrzeb dawnej sąsiadki ze Śródmieścia z bardzo idiotycznego powodu; nogi miałem za bardzo spuchnięte, żeby włożyć buty. Poza tym leje deszcz, a ostatni parasol okazał się niezdatny do użytku.
Teraz po prostu odreagowuję, jak w sprzężeniu zwrotnym.

piątek, 8 sierpnia 2008

Szczęśliwa ósemka

Dzisiaj pełne hipokryzji otwarcie Olimpiady 2008 w Pekinie. Przedwczoraj słuchałem naładowane dumą i szczęściem wypowiedzi młodych Chińczyków - wolontariuszy i mieszkańców Pekinu na temat przezwyciężania wszelkich trudności. Migawka nadawana była w czasie ataku żółtych kłębów smogu, a oni mówili, że żadne smogi ani inne trudności nie przeszkodzą, nie przestraszą itp., że im smog nie straszny. I ani chwili zastanowienia nad tym, że ten smog to nie zmora dla dla nich, ale dla sportowców, którzy przy ogromnym wysiłku potrzebują TLENU! Tak właśnie Chińczycy traktują olimpiadę; jako swój sukces i swoje święto, zapominając o tym, kto jest jej bohaterem i dla kogo w ogóle się ją organizuje, kto w morderczym wysiłku będzie walczył o medale. To samo z terminem. Sierpień jest tam najgorętszym i najwilgotniejszym, dobijającym miesiącem. Można byłoby w takiej sytuacji przesunąć termin na wrzesień, ale NIE! Przecież ważniejsze są trzy magiczne ósemki: data 08.08.08 r., plus czwarta - o ósmej wieczorem rozpoczęcie uroczystości.
Milczy się też o tysiącach ludzi wyrzuconych ze swych domów przeznaczonych do wyburzenia. Nie wiadomo, co dostają w zamian. Prawdopodobnie nic, albo nędzny barak na zadupiu.

czwartek, 7 sierpnia 2008

Prognozowanie

Nic mnie tak ostatnio nie irytuje, jak prognozowanie w mediach, ile to medali nie naprzywożą z Pekinu nasi sportowcy. Dzisiaj rano słyszałem w radiu, że specjaliści przewidują 14 medali. Na litość boską, takich rzeczy nie da się przewidzieć, a takie "prognozowanie" zazwyczaj kończy się sromotną porażką i gorzkimi żalami, oraz nieustającymi analizami "specjalistów" w mediach. Nauczcie się wreszcie, że jak będą walczyć, takie będą wyniki i co ma być to będzie!

Kopniaki

Wczoraj obejrzałem kanadyjski dramat w TV w reż. Johna Fowcetta, "Piekło na drodze". Film nie byłby może wart wzmianki w blogu, ale pewne rzeczy mnie w nim poruszyły. Opowiada on on o jednym dniu dwu nieznanych sobie kobiet, stykających się jednak z sobą kilkakrotnie na drodze w samochodach. Ten dzień jest pechowy dla obu różniących się między sobą kobiet. Jedna jest lepiej wykształcona i sytuowana, druga gorzej i ta druga ma większego pecha, nie tylko w tym szczególnym dniu. Samotnie wychowuje chorego na rozszczepienie kręgosłupa syna, którego zresztą chce jej odebrać były mąż. W pechowym dniu spóźnia się do pracy, bo właśnie ta druga zajechała jej drogę. Nie odebrała przez to przesyłki kurierskiej, więc szef wysyła ją na poszukiwania przesyłki, jak się okazało niepotrzebnie. W czasie tych poszukiwań, bardzo uciążliwych i ograniczonych czasowo, stale napotyka na korki, remonty ulic i dalekie objazdy, a także na konfliktową nieznajomą, która także się bardzo spieszy i też ma problem z korkami i czasem. Gdy znajduje kuriera, przesyłkę i przywozi ją do firmy, okazuje się że wszystko było niepotrzebne, a szef zwalnia ją z pracy. Pech za pechem, kopniak od losu za kopniakiem - zupełnie jakbym widział siebie, choć to inna płeć. Ostatnio u mnie nieszczęścia chodzą stadami, nie parami. I to nie są ostatnie dni, lecz lata.
Film kończy się wściekłym samochodowym pościgiem tej bardziej nieszczęśliwej za tą drugą. oczywiście finał pościgu to groźny wypadek, w którego efekcie ścigana traci nogę, ale wcześniej w "samoobronie" strzela do próbującej ją w końcu ratować ścigającej, śmiertelnie ją raniąc.
Nie wiem dlaczego film w ocenie "Telegazety" miał tylko dwie gwiazdki. Według mnie należałoby się więcej.

środa, 6 sierpnia 2008

Degustacja


Bigos lekko przesoliłem, a raczej niepotrzebnie oprócz soli sypnąłem trochę "kucharka" (vegety) i dałem za dużo wody, co zemściło się jego rzadkością. Jednak zasmażka uratowała sprawę, czyli zagęściła potrawę i zneutralizowała zasolenie. W efekcie bigos jest bardzo fajny.