piątek, 1 sierpnia 2008

Kamera

Trochę zły jestem na "Gazetę Wyborczą", że fajną informację podaje po niewczasie, czyli "po ptokach", jak się dawniej mówiło w gwarze krakowskiej. Gdy nie wyszedł jakiś interes, coś przepadło, to za moich młodych lat mówiło się - "no i po ptokach". W tym przypadku to powiedzonko idealnie pasuje do artykułu w gazecie, gdzie informuje się o niebywałym sukcesie internetowej witryny www.bociany.ittv.pl . Otóż przez 24 godz. na dobę pokazuje ona bocianie gniazdo w Przygocicach i oglądają ją internauci z całego świata. Nowoczesna kamera sprowadzona z Tajwanu pracuje non-stop od 2006 roku, a "Gazeta" dopiero teraz o tym pisze. Przepraszam, tą kamerę z Tajwanu z 18-krotnym zoomem sprowadzono dopiero w tym roku, ale w ogóle kamera jest od 2006 r. Gdybym wiedział o tym wiosną, rzecz jasna obserwowałbym wykluwanie i rozwój młodych. A tak, dzisiaj po lekturze "Gazety" w południe wszedłem na witrynę i zobaczyłem puste gniazdo, przecież bocianiska muszą coś jeść i poleciały na łąki. Zobaczymy wieczorem.

czwartek, 31 lipca 2008

Bezptasie


U mangowca liście rosną szybciej od łodygi, czyli przyszłego pnia. W wyniku tego opierają się o ziemię i podwijają koniuszki. Ciekawy jestem do jakiego etapu uda mi się go hodować. Wiadomo że nie ma mowy o przesadzeniu do gruntu na zewnątrz - nasze zimy nie dla niego. Ale te zimy coraz cieplejsze, więc kto wie?...
Wczoraj w sklepowej kasie baba mi powiedziała, że "moje" papierosy będą za godzinę, więc dzisiaj na pewniaka tam poszedłem i ... Oczywiście nie ma papierosów, bo kierowniczka nie zamówiła.
Wściekły powiedziałem, że ta ich kierowniczka nie ma pojęcia o handlu. Zresztą niepotrzebnie, bo te idiotki w ogóle nie wiedzą o co chodzi i o co ja się denerwuję. Tam panuje duch PRL-u.
Co prawda na tyle z umiarem paliłem, że jeszcze wystarczyłoby mi to co miałem w domu, ale dla zdrowia postanowiłem zrobić spacer pod Tandetę. W tamtejszym kiosku nie dyskryminują "takich" papierosów i kupiłem 2 paczki po starej cenie. Wracałem brzegiem Bagrów i zostałem zupełnie zaskoczony panującą tam ciszą. Rozejrzałem się z kilku punktów po wodzie i ze zdziwieniem stwierdziłem prawie zupełny brak ptaków. W oddali ujrzałem jedynie parę jakichś kaczek. A gdzie łabędzie, stada łysek i reszta kaczek? Gdzie mewy i rybitwy? Niesamowite, ale gdzieś poznikały. Trochę łysek może siedziało w trzcinach, bo w końcu usłyszałem jakieś szmery i głosy, ale co z resztą? Przecież to środek lata. Przed upałem się nie chowają, bo ten ptakom wodnym nie dokucza, a poza tym nie było jeszcze gorąco. Mam zagadkę.

środa, 30 lipca 2008

Nastroje

Od rana można wpaść w zły humor, na przykład spędzając chwilę na zakupach w najbliższym sklepie. Oczywiście można się było tego spodziewać, to tutaj nic nowego, ale jednak za każdym razem szlag mnie trafia, gdy brakuje zawsze właśnie herbaty Earl Gray i zawsze "moich" papierosów. Od lat im powtarzam, że towar zamawia się wtedy, gdy tego jest końcówka, ale jeszcze jest, a nie wtedy gdy go już nie ma. I od lat nic się nie zmienia. Dzisiaj się spytałem, czy może herbata Earl Gray u nich będzie na kartki. Papierosy miałem jeszcze w domu, bo inaczej czekałaby mnie dodatkowa wycieczka w tym upale w przeciwnym kierunku - za torowisko na dworcową. Bo przecież stacja BP "takich" papierosów nie prowadzi.
Humor mi się w domu poprawił na widok leżącej zapasowej paczki trucizny i na wspomnienie wczorajszego filmu w TV. Był to komediodramat "Przypadkowy bohater" (Hero) z 1992 r. w reżyserii Stephena Frearsa. Dustin Hoffman w roli złodziejowatego pasera, który przypadkowo znalazł się koło rozbitego samolotu i przymuszony krzykami pasażerów pchnął od zewnątrz zacięte drzwi, dzięki temu mogli oni opuścić grożący pożarem wrak. Potem jeszcze wyciągnął parę osób, między innymi telewizyjną reporterkę, nie omieszkując przy tym ukraść jej torebki.
Znika z miejsca wypadku gubiąc buta i spóźnia się na spotkanie z synem itd. Cała ta ratownicza akcja zostaje rozdmuchana przez media pod nazwą "Anioł lotu nr 104", wszyscy go szukają, wyznaczając nagrodę 1 mln $. Ale on w tym czasie ma kłopoty i wędruje do więzienia. Jego znajomy, któremu zdążył opowiedzieć o samolocie, zgłasza sie jako ten "anioł" zbawca i zostaje
bohaterem w mediach. Nawet się do tego bardziej nadaje, niż chamowaty prawdziwy ratownik.
Po wielu perypetiach z prawem i rodziną paser ma okazję rozmawiać z hochsztaplerem podszywającym się pod niego w chwili, gdy ten załamany chce skoczyć z gzymsu wieżowca. Sytuacja przerosła kłamcę. Jednak uzgadniają, że nadal ma kłamać, jedynie kasa jest potrzebna paserowi. Reporterka zaś przekonuje się, kto naprawdę ją uratował, znajdując w mieszkaniu pasera swoją nagrodę - statuetkę "Srebrnego mikrofonu", którą w chwili wypadku miała w torebce.

wtorek, 29 lipca 2008

Film

W niedzielę obejrzałem w TV publicznej (i dobrze, bo w spokoju bez reklam) japoński film "Zatoichi" w reżyserii Takeshi Kitano (w Japonii - Kitano Takeshi) z 2003 roku. Już po kilku scenach skojarzyłem sobie ten obraz z filmem "Masażysta Ichi" z 1962 r., który szedł u nas w kinach po roku 1970. Od Ayano dowiedziałem się, że historia niewidomego masażysty doczekała się 26 ekranizacji. "Zatoichi" bardzo mi się podobał, chociaż przeczytawszy najpierw w recenzji o utlenionych włosach głównego bohatera, obawiałem się innych dziwactw, np. pomieszania epok. Na szczęście oprócz tych jasnych włosów (które mogły być po prostu siwe) nic takiego nie miało miejsca i wszystko, tzn. stroje, wnętrza i zachowania były zgodne z opisywaną epoką. Zawsze lubiłem takie filmy i odkąd pamiętam moje "dorosłe" chodzenie do kina, chętnie oglądałem filmy historyczno-samurajskie, jak np. "Tron we krwi" Kurosawy, czy bardziej fabularno-awanturnicze, jak "Pojedynek na wietrze" i "Szpieg szoguna", a teraz z racji moich powiązań z Japonią jeszcze bardziej je lubię. Oczywiście równie chętnie oglądam japońskie filmy o tematyce współczesnej, bo to życie i tych ludzi przecież znam. Natomiast gdy przypomnę sobie lata komunizmu i mnogość japońskich filmów wyświetlanych wtedy w naszych kinach, to zdaję sobie sprawę, że na pewno w innych "demoludach" tego nie było. Wielu innych rzeczy też u innych nie było, jak np. autostopu. Na Węgrzech ten sposób podróżowania był wręcz zakazany, podczas gdy u nas zachęcano do tego młodzież i kierowców, a przed wakacjami wydawano kierowcom specjalne książeczki do zbierania wpisów przygodnych pasażerów. Potem najlepszy miał jakąś nagrodę. Z tego powodu pamiętam tłumy młodych Węgrów pielgrzymujących do naszego kraju - autostopowego eldorado, żeby spędzić wakacje w ulubiony sposób, zakazany we własnym kraju.
U nas było trochę luźniej, np. obywatele "bratnich krajów" byli zaszokowani naszymi kabaretami, a w Bułgarii pytano mnie, czy to prawda że u nas w nocnych lokalach jest striptiz. Oczywiście był.

poniedziałek, 28 lipca 2008

Gołąbki

Wczoraj rozmawiałem z Ayano o gołąbkach, które ona bardzo lubi. Od czasu do czasu zamawia je w jakimś barze, przeważnie są w sosie pomidorowym i chociaż te barowe są nie najwyższych lotów, to jej smakują. Jednak za życia mojej mamy miała okazję popróbować gołąbków domowej roboty. O wrażeniach kulinarnych nawet nie wspominam, natomiast godne wspomnienia jest to, że my wtedy te gołąbki robiliśmy razem z mamą, a właściwie pod jej kierunkiem. Od początku do końca mama mówiła i pokazywała co mamy robić i czuwała do końca procesu. Tak więc gotowanie całej kapusty, potem oddzielanie gorących liści, przycinanie zgrubień. Gotowanie ryżu i smażenie mięsa, mieszanie tego i przyprawianie już jako farsz, na koniec zawijanie (ważna sztuka) i układanie do gara, przekładając ćwiartkami pomidora. Na koniec pichcenie tego na maleńkim gazie, żeby tylko "pyrkotało". Jakaż była nasz satysfakcja (i pochwała od mamy), gdy przy degustacji okazało się, że gołąbki są zwarte, jak sklejone, no i oczywiście przepyszne.
Teraz chcę wspomnieć gołąbki z pęczaku. Od dawna już w Polsce, a przynajmniej w Krakowie gołąbki robi się tylko z ryżu. A ja pamiętam, że kiedyś gdzieniegdzie podawano gołąbki z pęczaku. Na przykład w jakiejś gospodzie pod Krakowem. Ale nie tylko. W zamierzchłych czasach, gdy Tandeta mieściła się przy drodze na Kobierzyn, chodziła tam pewna jejmość z wiaderkiem. A w tym wiaderku miała gorące gołąbki po 5 zł. sztuka. Kiedyś skusiłem się na jednego, właśnie się kończyły i nie były już gorące, ale smak niezapomniany do dziś. A minęło prawie 40 lat.

niedziela, 27 lipca 2008

Po "urlopie"






Nie byłem na żadnym urlopie, ale miałem "urlop" od bloga ze względów osobistych. Przez ten czas eksperymentalne sadzonki rozwinęły się nad podziw. Ananas wypuszcza coraz wyżej piękny odrost, z którego rzecz jasna nie będzie jeszcze owocu. Muszę poszukać w internecie, jak dalej wygląda uprawa tej rośliny. Mangowiec też pięknie rośnie i tym razem nie spieszę się z jego przesadzaniem. Poprzednia próba w tym okresie rozwoju skończyła się odłamaniem krzaczka od pestki. Nie było ważne, że krzaczek był cały. Usechł, bo przecież on z tej pestki jeszcze przez jakiś czas czerpie "zaopatrzenie".
Zrobiło się gorąco, więc obie doniczki są rano wynoszone do ogródka na słońce i upał, żeby miały zbliżone do naturalnych warunki. Wieczorem wędrują z powrotem do domu. Jeśli jednak dzisiaj w prognozie pogody usłyszę o ciepłej nocy (np. 20 st.C), to zostaną tam.

Przeczytałem ostatnio książkę Wiktora Jerofiejewa "Dobry Stalin". Kupiła ją Ayano znając tego autora, a ja nie przypuszczałem, że będę miał tak dobrą lekturę. Jest to właściwie autobiografia i opowieść o ojcu autora - członka sowieckich elit, zaprawiona filozoficznymi rozważaniami, wiele odsłaniająca zakulisowych wydarzeń ówczesnej polityki radzieckiej. Dość dużo można się dowiedzieć o prywatnym życiu elity "ludzi radzieckich". Jerofiejew był współautorem słynnego almanachu "Metropol" z 1979 roku, który narobił mnóstwo zamieszania w ZSRR i zniszczył karierę jego ojca. Wszystko to z werwą i szczegółowo opisał. O almanachu słyszałem, ale rzecz jasna tylko ogólniki. Na pewno znawcy tematu wiedzieli o wszystkich współautorach "Metropolu", może nawet znali całą treść (mówię o Polsce), ale dopiero z książki można się dowiedzieć ze szczegółami, czyj był pomysł i jak doszło do prywatnego wydania (w ZSRR!) 12-tu egzemplarzy słynnego almanachu.

środa, 9 lipca 2008

Uzupełnienie




Wczoraj wieczorem Ayano rozmieściła odpowiednio obrazki Kakomi-san na kartonach i przymocowaliśmy je w 2 miejscach na ścianie. Obok jednej minigaleryjki zawisł gipsowy odcisk Ayasiowej łapki. W najbliższym czasie zostanie jeszcze zawerniksowany.
Wstaliśmy dzisiaj o 5:30, poranna toaleta, szybkie śniadanie, kanapka na drogę i już trzeba było dzwonić po taxi. Dojechaliśmy szybko, bo bez korków o tej porze na dworzec. Oczywiście po kretyńsku tylko jedna winda działa z płyty górnej, jedynie na peron trzeci. Na piąty musieliśmy zwlec bagaże po schodach. Wagon nr 8 pociągu InterCity był typu lotniczego (bez przedziałów), czyli niezbyt przez nas lubiany, ale miał jedną zaletę: przy wejściu są szerokie półki na bagaże, nisko umieszczone. Niestety nie zauważyliśmy ich, i fatygowałem jednego z pasażerów do pomocy przy wrzuceniu wielkiej walizy Ayasiowej na górną półkę nad jej miejscem. Troszkę się poślimaczyliśmy i wagon uwiózł moją Punię do Warszawy, a ja wróciłem za parę minut innym pociągiem do Plaszowa. teraz mam ochotę wyjść do knajpki, ale siedzę w domu; gdyby Ayano dzwoniła jeszcze z lotniska, lepiej być przy telefonie. Komórek oboje nie mamy, nie lubimy ich i na codzień nie potrzebujemy. Miałem to pudełko tylko wtedy, gdy jeździłem swoją taksówką. Oczywiście, że to świetny wynalazek, ale akurat nam nie jest tak bardzo potrzebny do szczęścia. Różnym biznesmenom, profesorom, politykom się bardzo przydaje. Natomiast wstrząsa mną dreszcz, gdy słyszę w RTV np., że 90% młodzieży nie wyobraża sobie życia bez "komóry". Oooo!
Własnie dzwoni telefon... oczywiście Punia.
Po ostatniej rozmowie z terenu Polski wybieram się do "Zachcianki".