wtorek, 8 lipca 2008

Ostatni dzień


Jutro Ayano odjeżdża do Warszawy o godz. 6:55 z Dworca Głównego. Rano poszliśmy ostatni raz nad Bagry Płaszowskie, porobiliśmy sporo zdjęć przy karmieniu ptaków. Potem cały czas na nogach dotarliśmy do Rynku Głównego, ale tylko przezeń przeszliśmy do księgarni "Znaku" na Sławkowską, gdzie Ayano kupiła 2 książki. Następnie był obiad w "Hae" i próba obejrzenia wystawy w Bunkrze Sztuki, niestety nieudana z powodu braku wystawy. Poszliśmy zatem do sklepu dla plastyków na Asnyka, gdzie kupiliśmy karton potrzebny do zrobienia minigalerii z obrazkami Kakomi-san. Wróciliśmy do domu tramwajem z Basztowej po godz. 16-tej.
Na pożegnanie dla Ayano zakwitł drugi kwiat storczyka, a także wiele kwiatków w ogródku.

poniedziałek, 7 lipca 2008

3-cia kuchenka


Dzisiaj moje fatum znowu dało znać o sobie. Nawet nie poczekało na wyjazd Ayano, zaatakowało bezlitośnie i nieoczekiwanie. Objawiło się przy gotowaniu obiadu; nie mogłem ugotować kalafiora na dużej płytce nowiutkiej kuchenki, podczas gdy na małej płyteczce zdążyły się ugotować ziemniaki.
Minęło dopiero 5 dni od zakupu, więc mamy prawo do natychmiastowej wymiany sprzętu, bądź zwrotu gotówki. Decydujemy, że po obiedzie (kalafior ugotowany w końcu na małej płytce) pójdziemy wymienić kuchenkę. Ale że u mnie nic nie może być proste, musimy zdemolować przyklejony w środę blacik, żeby wyjąć kabel z wtyczką, zamontowany prawie na stałe.
W sklepie (na szczęście nieodległym) okazuje się, że już nie mają takich kuchenek, nie mają też inne sklepy tej firmy (konsultacja telefoniczna) i mamy do wyboru inną kuchenkę lub zwrot kasy. Wybraliśmy oczywiście pierwszą opcję z uwagi na konieczność spożywania gorących posiłków. Tak więc mamy już trzecią kuchenkę, z tym że drugą w ciągu pięciu dni. Niech żyje moje fatum.

niedziela, 6 lipca 2008

Upocona niedziela






Ayano sobie na dzisiaj umyśliła przegląd dokumentu w Aptece Pod Orłem na Placu Bohaterów Getta, a wcześniej zwiedzenie tejże apteki-muzeum. Najpierw Ayano musiała personelowi pokazać w gazecie, o jaki film chodzi, gdyż personel nie bardzo się orientował. W trakcie oglądania na monitorkach innych dokumentów i zdjęć na ścianach personel zaprosił nas do obejrzenia tego oczekiwanego filmu. Film (z komputera) stanął po kilku minutach, ale po wysiłkach personelu ruszył dalej. Personelowi (blondynce w białej bluzce) wraz z koleżanką nie przychodziło przez dłuższy czas do głowy, że należy zasłonić okno w celu normalnej oglądalności obrazu na ścianie. Raz ściszały, to znowu podkręcały na plus fonię, żeby wreszcie pod koniec filmu widzowie słyszeli oryginalny komentarz tegoż dokumentu do zupełnie innego obrazu z innej parafii. Ja w końcu wyszedłem na zewnątrz i zapaliłem papieroska, a Ayano została żeby zrobić jeszcze parę zdjęć, na co miała zapłacony kwitek za 10 zł. Personel jednak ruszył do niej z pretensjami, ustąpił dopiero po okazaniu dowodu opłaty za fotografowanie. Jednym słowem bałagan po polsku.
Mieliśmy na obiad wrócić do domu, a potem pojechać z wizytą do Andrzeja i Jadzi, ale zaproponowałem zjedzenie czegoś "na mieście". Poszliśmy więc spacerkiem na ul. Krakusa, potem do Rynku Podgórskiego, gdzie przypadkowo trafiliśmy na Targi Rzeczy Wyjątkowych. Było tam sporo stoisk z niektórymi naprawdę wyjątkowymi wyrobami rzemiosła artystycznego. Miała przygrywać orkiestra dęta, ale w trakcie jej szykowania się do występu ruszyliśmy pod Koronę, gdzie pod parasolem na ogródku zjedliśmy fasolkę (Ayano) i pierogi ruskie (ja). Popiłem je piwem (Ayano "nestią") i poszliśmy na Krakowską do tramwaju, którym podjechaliśmy pod "Bagatelę", żeby przejść Krupniczą pod AGH. Tam chcieliśmy sprawdzić, czy zapowiadany parowóz jako kawiarnia już tam stoi. Oczywiście nie ma go i prawdopodobnie jeszcze przez lat kilka nie będzie. W każdym razie wiosną w prasie była jego fotografia, jak stoi na stacji Kraków Płaszów w oczekiwaniu na remont, żeby na wakacje być gotowym na transport pod AGH. Stamtąd poszliśmy przez Aleje do "Jubilata", gdzie dokonaliśmy zakupu słodkości w charakterze gościńca. Kupiliśmy też puszkę piwa i napój dla Ayano. Przespacerowaliśmy się na Rynek Dębnicki, siedliśmy tam na zacienionej ławce przystanku autobusowego i powoli sączyłem
piwko, paliłem papieroska, a Ayasia fotografowała otoczenie. Ku swemu zaskoczeniu, zauważyłem pod balkonem jednej z wyremontowanych kamienic pięknego stiukowego nietoperza. Urodziłem się kilka domów dalej, spędziłem na Dębnikach ładnych parę lat, przez ten ryneczek przechodziłem tysiące razy i nigdy tego "toperza" nie widziałem. Prawdopodobnie zawsze tam był, ale pod zaniedbanym tynkiem i brudem niewidoczny, ujawnił się dopiero teraz w całej okazałości.
Dotarliśmy wreszcie do domu naszych przyjaciół o umówionej porze i pogadaliśmy serdecznie. My częstowaliśmy kupionymi ciachami, ale okazało się, że Jadzia specjalnie upiekła pyszny wiśniowy placek. Posiedzieliśmy trochę, podziwiając przy okazji fajną królicę krótkouchą, która miała być królikiem miniaturką, ale wg mnie okazała się" średnioturką", żeby wreszcie pożegnać się z Jadzią i wyjść z Andrzejem na pobliską działkę, pooglądać jego gołębie i poznać nowego psa Michała (to imię psa). Na działce znowu piwo (a domu było też jedno na pół z Andrzejem) i ruszyliśmy do domu. Jednak po drodze Ayano rzuciła pomysł udania się jeszcze na ul. Szeroką, zobaczyć kawałek festiwalu żydowskiego. Dlatego tak cały czas wyliczam te piwa, żeby każdy zrozumiał moją rezygnację ze spaceru na Szeroką. Po prostu po tych wszystkich piwkach myślałem już tylko o wizycie w toalecie. Zawróciłem więc do tramwaju biorąc z sobą pakunki, a Ayano poszła na Kazimierz. Jednak festiwalu już nie było, jedynie na Placu Nowym grano jazz na dachu okrąglaka. Po 1,5 godzinie spotkaliśmy sie w umiłowanym domku. Po 11 godzinach włóczęgi mam prawo tak nazywać naszą skromną norkę.

sobota, 5 lipca 2008

Ochłoda





Wreszcie jest trochę chłodniej i spadło sporo wody z nieba. Przeczyściło to atmosferę z kurzu, rośliny dostały porcję wilgoci, a ja bez oporu wychodzę z domu. Po wczorajszym śniadaniu zacząłem malować odcisk Ayasiowej łapki w gipsie; nie było to takie proste jak myślałem. potrzebne będą poprawki i werniksowanie na koniec.
Ayano pojechała po obiedzie sama do pani Anny. Co prawda byliśmy zaproszeni oboje, ale zaczął mnie niebezpiecznie ćmić ząb, a właściwie pod zębem i wolałem zostać w domu, żeby nie drażnić dziąsła różnymi ruchami przy chodzeniu. Wieczorem Ayano przywiozła od pani Anny gościniec: ciasto, piwko i gulasz. Było tam ciekawie, akurat przyszedł z wizytą wnuk pani Anny, który studiuje japonistykę na I roku, więc mógł się od Ayano dowiedzieć co nieco.

Dzisiaj po śniadaniu poszliśmy do sklepu ogrodniczego po upatrzone w środę hortensje. Nabyliśmy też od razu specjalną kwaśną ziemię i fińską łopatkę ogrodniczą z włókna węglowego. Hortensje są już posadzone i podlane.

czwartek, 3 lipca 2008

Wieliczka






Na dzisiaj w planie była Wieliczka i pojechaliśmy tam. Oczywiście planowaliśmy krótką podróż pociągiem, ale na stacji okazało się, że uciekł nam pociąg, a następny będzie za prawie 2 godziny.
Poszliśmy więc spróbować szczęścia na Wielicką, gdzie zaraz nadjechał busik i za 2,50 od osoby zajechaliśmy na miejsce. Co prawda w duchocie i skwarze, ale było szybko. Jak na razie w naszym ukochanym i coraz cieplejszym kraju nikt nie myśli o klimie w środkach komunikacji wieloosobowej. Wyjątkiem są najnowsze szynobusy kursujące m. in. do Wieliczki i z powrotem.
Został przełamany stereotyp Wieliczki jako miasteczka-kopalni soli, bo zwiedziliśmy tamtejszy zamek, jego basztę i dziedziniec. O zamku nic do tej pory nie wiedziałem, natomiast w kopalni i ja i Ayano już kiedyś byliśmy. Ja bodaj 2 albo 3 razy, o ironio przy okazji wycieczek kolonijnych dla dzieciaków z innych stron kraju. To samo było z Zakopanem, bo jeździłem co roku na obóz do Nowego Targu. Na Wawelu też byłem z wycieczką z Nowego Targu. A Ayano była w kopalni jako samodzielna japońska turystka 16 lat temu, zanim spotkała mnie na swojej drodze.
W zamkowych pomieszczeniach mieści się stała ekspozycja archeologiczna, historyczna i piękna kolekcja solniczek. Ayano beze mnie wyszła z przewodniczką i św. Kingą (przebrana w błękitną suknię dziewczyna) na basztę, gdzie z powodu zbyt stromych schodów się nie pofatygowałem.
Sama też oglądała XVI-wieczny drewniany kościół, bo utknąłem paręset kroków od celu z powodu upału i drogi pod górkę.
Na obiad poszliśmy do orientalnej knajpki, gdzie zjedliśmy wieprzowinę z bambusowymi pędami, grzybami mun i ryżem. Jeśli chodzi o powrót, to nie było już tak różowo, bo musieliśmy szukać dość daleko miejsca, skąd odjeżdżają busiki do Krakowa. Ale nie było tak źle, tylko ten cholerny upał. Gdyby nie Ayano, przesiedziałbym go w domu - jednak to łażenie po skwarze spowodowało (mam nadzieję) wypocenie ze mnie kilku(dziesięciu)nastu deko tłuszczu.

środa, 2 lipca 2008

Ratatuj




Ayano wczoraj postanowiła kwestię bieżącego menu obiadowego wziąć w swoje ręce i wymyśliła na obiad potrawę zwaną ratatuj. Są to usmażone, a właściwie uduszone na oleju i we własnym sosie takie warzywa jak: bakłażan, cukinia, cebula, pomidory, żółta papryka i nieco czosnku. Do tego młode ziemniaczki i palce lizać. Po południu Ayasia poszła na spotkanie z panią Izą, a ja trochę czytałem, trochę oglądałem TV i grałem w mah-jongg. Potem był wspólny spacer nad wodę z karmieniem kaczek i łysek i kolacja.

Dzisiaj wzbogaciłem ratatuj jajkami na twardo i był jeszcze lepszy. Po obiedzie poszliśmy na ul. Wielicką do sklepu AGD oglądać małe kuchenki elektryczne, bo u tej naszej 9-letniej wysoka temperatura wypchała palniki do góry i popękał metal u podstawy tych palników. W sklepie były dwa rodzaje kuchenek, obydwa produkcji niemieckiej. Wybraliśmy droższą wersję ze stali nierdzewnej i z termostatami w charakterze pokręteł-regulatorów temperatury. Po zapłaceniu należności zostawiliśmy kuchenkę "na przechowanie" i poszliśmy kilkaset metrów dalej, do sklepu ogrodniczego "pod chmurką" zasięgnąć informacji w kwestii zakupu krzaczków hortensji.
Jutro lub pojutrze pójdziemy po hortensje różowe. W drodze powrotnej odebraliśmy kuchenkę, którą zaraz zamontowaliśmy w miejsce wyciągniętej starej.

Rano zrobiliśmy odcisk dłoni Ayano w gipsie. Jutro zostanie pomalowany i zawiśnie na ścianie.

wtorek, 1 lipca 2008

Dzień domowy




Przesiedzieliśmy wczoraj dzień cały w domu (oprócz zakupów), niespecjalnie fatygowaliśmy się też z obiadem; zjedliśmy gotowe (tylko do odgrzania) pierogi ruskie i z borówkami. Są niezłe, pod warunkiem, że ruskie omaści się tłuszczykiem z cebulką, a jagodowe śmietaną z cukrem. Po południu drzemaliśmy na zmianę w różnych porach i czytaliśmy (Ayano czytała) "Dobrego Stalina"). Zaczął rozkwitać jeden z kwiatów storczyka, a dzisiaj rozkwitł całkowicie.